Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Konrad Dziecielski

Pisanie na kartce

(poniedziałek, 22 maja 2017 r.)
Już dawno słowo rzucone w przestrzeni publicznej przestało mieć swoją wagę. Nikt już za nic nie odpowiada, a miarą sukcesu jest byle głupstwo rzucone w świetle jupiterów. Im większa bzdura, tym lepiej - zdają się mówić demiurdzy frontowych mediów i sami nakręcają spiralę agresji. Liczą się tylko krew i łzy, a w polityce piana na ustach i żeby były te - jak im tam - "kurwiki". Nic tak dobrze się nie sprzedaje jak młot namiętnie kruszący brukową kostkę: jest hałas, jest kurz, są wibracje. Tymczasem dialog w w polityce musi opierać się na konstruktywnej wymianie zdań, inaczej dojdziemy do takiego momentu, w którym pała na głowie partnera rozmowy zostanie ostatnim z priorytetów. Czy mam pretensje do wałęsów i niesiołowskich, że plują jadem? Gdzież tam! Taki ich już "urok". Natomiast stawiam zarzut mediom, że z pełną premedytacją, rzekłbym nawet z lubością, cytują ludzi, którzy absolutnie nie mają nic merytorycznego do powiedzenia, ale -  co tu dużo ukrywać - potrafią na pełnym gazie pędzić po błocie. I ta bagno pada na wszystkich w około. Jedni to wytrzymują, idą przeprać ubranie i próbują żyć dalej. Inni, jak Ryszard Cyba, szukają "większego pistoletu, by zabić Kaczyńskiego". Jak później "kacze zbuki" mają się porozumieć z ludźmi, którzy stoją tam, gdzie "kiedyś stało ZOMO"? Nie ma szans. Tak jak w tym małżeństwie, które podczas jednej z kłótni (a ponieważ ze sobą nie rozmawiali) mąż napisał żonie na kartce: - Obudź mnie rano o 7.00. - pokazał napis swojej drugiej połowie, po czym poszedł spać. Następnego dnia rano pan domu obudził się i spojrzał na zegarek, a tu ... już 9.00. Wstaje wściekły na żonę i wówczas zauważa kartkę, przy łóżku z napisem: - Mężu wstawaj - już 7.00.
Tak się po prostu nie da. I media maja tutaj swoją inspirującą rolę, bo chociaż tak dużo mówią i pokazują, to tak naprawdę piszą do obywateli na kartce.
Konrad Dziecielski    

Słomiany kapelusz dla ks. Charamsy

(wtorek, 17 maja 2017 r.)
Właśnie przeczytałem wywiad z suspendowanym ks. Charamsą, który w dwa lata temu ujawnił, że jest aktywnym homoseksualistą. Musiałem wziąć prysznic…Ksiądz Charamsa mówi: „Kościół mnie nie oszczędzał, bo Kościół nie oszczędza osób homoseksualnych, nie oszczędza kobiet ani ofiar pedofilii. Ja oszczędzam Kościół, opowiadam mu tylko doświadczenie cierpienia, jakie zadał i wciąż zadaje innym”.  Otóż człowiek, który oszukał Kościół ma czelność rzucać takie oskarżenia! Chyba, że ks. Charamsa nie miał świadomości, gdzie i na jakich zasadach przystaje. Nie wiem, być może jego orientacja nie ujawniła się przed złożeniem dokumentów do Seminarium Duchowego w Gdańsku, a dopiero później poczuł zew natury. Nie mogę tego wykluczyć, bo nie wiem. Jednak cały czas trapi mnie pytanie, dlaczego w momencie, kiedy to poczuł cug do mężczyzn – nie zdjął koloratki i nie odszedł. Ludzie wyzwalają się z różnych związków, w których nie czują się dobrze. Jednak miarą klasy jest sposób, w jaki się rozstają. Ksiądz Charamsa jest prostym kuglarzem, który prezentuje tanie sztuczki i próbuje przekonać, że to prawdziwa magia, a oni, czyli Kościół katolicki, to dopiero oszuści. Otóż, jest dokładnie odwrotnie. Ksiądz miał prawo wyboru i z tego prawa nie skorzystał.  Znaczy się w końcu skorzystał, ale z przytupem – w świetle jupiterów. Wywiad, którego udzieli ks. Charamsa jest autokompromitacją, bo używając słów wielkich broni jedynie swojego wyboru. Najwyraźniej ks. Charamsa jest zdziwiony tym, że na boisku piłkarskim obowiązują zasady gry:  jeżeli piłka przekroczy linię bramkową – jest gol, jeżeli linię boczną – jest aut, jeżeli sędzia pokaże czerwoną kartkę – zawodnik musi zejść z boiska. Ks. Charamsa zachowuje się jak kibol, który żadnych zasad nie uznaje, najważniejsze, aby nasza drużyna była najlepsiejsza (tak czytać, jak jest napisane). Nie chcę przez to powiedzieć, że zasady gry się nie zmieniają, bo się zmieniają, ale były i są dwie bramki i jedna piłka. Księdzu to może się nie podobać. Rozumiem. Nic nie stoi (nie stało) na przeszkodzie, by ksiądz zaczął uprawiać grę w bilard czy krykieta! „Nie mam wątpliwości, że każda osoba homoseksualna ma misję coming outu. To jest jego/jej powołanie. Dla mnie, jako katolika, to sakrament. Tak!” – mówi ks. Charamsa. Hello kity, słyszałem że w Hiszpanii słońce ostro daje w czachę, ale przecież wymyślono słomiane kapelusze, które można nosić już z samego rana.
Konrad Dziecielski

Szostakiewicz pyta, my odpowiadamy

(czwartek, 11 maja 2017 r.)
Adam Szostakiewicz z "Polityki" spróbował zaszachować PiS. Myślał. myślał i wymyślił. W odpowiedzi na cztery pytania PiS skierowane do PO, postawił cztery pytania do partii rządzącej. Oto one: 
1. Jak zaawansowane w PiS są zmiany zaostrzające prawo antyaborcyjne: czy będzie zakaz całkowity?
2. Kiedy zajmiecie się podpisanym przez milion obywateli wnioskiem o referendum w sprawie tak zwanej reformy edukacji?
3. Jakie planujecie limity roczne wydawania pozwoleń na pracę w Polsce obywatelom ukraińskim?
4. Kiedy premier Szydło opublikuje wyrok Trybunału Konstytucyjnego?
Wejdę w "buty" PiS i odpowiem red. Szostakiewiczowi.
Ad.1 Nie będzie całkowitego zakazu aborcji.
Ad.2 Nie zajmiemy się wnioskiem o referendum, bo w programie wyborczym obiecaliśmy Polakom zlikwidowanie gimnazjum, a w odróżnieniu od PO program wyborczy traktujemy serio.
Ad.3 Wydamy tyle pozwoleń ile będzie konieczne, a będzie to uzależnione od potrzeb polskiej gospodarki.
Ad.4 Wszystkie wyroki Trybunału Konstytucyjnego zostały opublikowane. W myśl art. 197 Konstytucji RP: "Organizację Trybunału Konstytucyjnego oraz tryb postępowania Trybunału określa ustawa". Opinie wydane przez sędziów TK sprzeczne z ustawą nie mogą być traktowane jako wyrok i jako taki - z oczywistych względów - nie podlega publikacji.
A ponadto p. Szostakiewicz powinien wyjść bunkra i zażyć świeżego powietrza.
Konrad Dziecielski

Za nasze pieniądze

(piątek, 28 kwietnia 2017 r.)
Jakoś mnie zaniosło (chociaż zupełnie na trzeźwo) na wernisaż w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, gdzie prezentowano wystawę p. Krystyny Piotrowskiej "Jest czego nie ma". Czasami warto zobaczyć na co płyną moje, twoje, a więc nasze ciężko zarobione pieniądze. A niejednokrotnie płyną  na jałową pustynię. Piszę te słowa jako klasyczny reprezentant kasty profanów, więc moje słowa można odważnie, bez zbytecznego lęku zmielić i wrzucić do okrągłego segregatora.
Odkąd pamiętam (a mam pamięć słonia) byłem zwolennikiem prywatnego mecenatu nad artystami lub "artystami". Przekładając to na temat niniejszego felietonu uważam, że jeżeli p. Piotrowska znalazłaby sobie hojnego darczyńcę, to niech tworzy ile dusza zapragnie. Tymczasem łożenie naszych wspólnych pieniędzy na twórczość p. Piotrowskiej uważam za "inwestycję" - że tak to delikatnie ujmę - lekko chybioną, co daję pod rozwagę p. Karowskiemu, prezydentowi Sopotu, który szczodrze sypie groszem ze skarbca miasta do kasy Galerii. Może lepiej byłoby zainwestować w kredki świecowe i dać szansę dzieciakom z miejscowego przedszkola, bo przecież nie można wykluczyć, że kiedyś z tego coś interesującego wyrośnie. Gwarancji oczywiście nie ma, ale zaryzykować warto. I jeszcze jedna uwaga zahaczająca o urząd miasta. Wernisaż otwierali: prowadzący, p. Piotrowska, kurator wystawy (o ile dobrze zrozumiałem) oraz kobieta bezdomna. Później okazało się, że owa bezdomna jest urzędującym wiceprezydentem Sopotu. Tutaj może chodzić o jakiś manifest, bo skoro prezydent Karnowski oświadczył, że nie będzie ścinał włosów do czasu, kiedy to PiS nie odda władzy, to może i pani wiceprezydent, w jakimś tylko sobie znanym celu, udaję bezdomną. Taka zagadka.
Jeżeli chodzi o panią kurator z tytułem profesorskim, to uczciwie muszę przyznać, że byłem pod silnym wrażeniem, że przez bite 10 minut mówiła tak barwnie i interesująco o niczym, co oczywiście jest sztuką samą w sobie pisaną i czytaną przez duże "Sz". Brawo! Widać, że tytuł profesorski zdobyła dzięki posiadanej wiedzy, a nie za AK, czyli A-kurę a K-aczkę. Piszę to z nieukrywaną zazdrością (żeby nie napisać z zawiścią), bo też bym tak chciał. No, ale jak wiadomo chcieć, to nie znaczy móc.  
Wróćmy do wernisażu. Otóż była tam prezentowane dwie ruchome ekspozycje (znaczy się wystawiono więcej, ale skupię się na tych dwóch) krótkie, zapętlające się filmy. Na jednym z nich widniały dwa równoległe warkocze z zawiązaniami kokardkami. Po trzecim zapętleniu zrozumiałem, że akcja do przodu się nie posunie i odpuściłem na rzecz obserwowania reakcji osób, które to oglądały. I to dopiero było ciekawe, a może właśnie o to chodziło?
Na drugim obrazie kamera uwieszona na wysokości piersi filmowała nogi - spacer wzdłuż miejsca, gdzie w czasie okupacji stał mur getta. Tu również po trzecim zapętleniu pojąłem, że nikt się nie przewróci ani w nic nie wdepnie. Nie ma to jak wiedzieć wzdłuż czego należy chodzić!
Na wystawę warto iść. Polecam zwłaszcza hol Galerii, gdzie eksponowane są prace p. Andrzeja Filipowicza, którego Pan Bóg niewątpliwie obdarzył iskrą. Ma ją w rękach, a jeżeli jest ich pozbawiony, to ma ją w ustach lub w innej części ciała.
Konrad Dziecielski