Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Konrad Dziecielski

Nie ma przebacz

Z filmu o konflikcie rosyjsko - gruzińskim usunięto sceny z udziałem Lecha Kaczyńskiego. Rzecznik prasowy producenta powiedziała, że decyzja zapadła po długich konsultacjach „ze względu na śmierć polskiego prezydenta”. Co ma piernik do wiatraka doprawdy trudno pojąć, ale Hollywood rządzi się swoimi prawami, które z logiką mają tyle wspólnego, co pogo (taniec grupowy punków polegający na chaotycznym zderzaniu się ciał) z walcem wiedeńskim? Nie można wykluczyć, że chodzi nawet o walec drogowy z Wiednia. Być może jest to jakiś nowy trend w amerykańskiej kinematografii i teraz np. film o zamachu z 11 września obędzie się bez udziału terrorystów i ich ofiar. Wszakże oni wszyscy przekroczyli już linię życia…

Doszukuję się w tej decyzji drugiego dna. Cholera jestem. Otóż amerykański show biznes stąpa na dwóch nogach: poprawności politycznej oraz pieniądzach (nie wiem czy wymieniłem we właściwej kolejności).  Z punktu widzenia pierwszej „nogi”, to śp. prezydent Kaczyński pasuje na współczesnego amerykańskiego bohatera jak pięść do nosa, bo jak powszechnie wiadomo był „nacjonalistą”. A tego w Hollywood się nie wybacza, bo choć każdy „występek” woła o łaskę, to w tym wypadku wszelakiej maści głuptactwo zwane Postępem wyje po kątach: Nie ma przebacz! Gdyby śp. prezydent Kaczyński – oczywiście czysto hipotetycznie – rozjeżdżał Gruzję rosyjskim czołgiem w te i nazad, to byłaby oś, wokół której można byłoby zbudować całkiem interesujący scenariusz z intrygującą rolą czarnego charakteru. Tymczasem polski prezydent postąpił wręcz odwrotnie - zorganizował odsiecz gruzińską, która powstrzymała rosyjskie kolumny na rogatkach Tbilisi. Z przecieków Wikileaks wynika, iż dyplomatom amerykańskim (opisującym akcję prezydenta Kaczyńskiego) szczęki – z wrażenia – opadły w okolicę paska od spodni. A przecież tak niewiele może ich zadziwić skoro Terminator został w USA gubernatorem, a teraz odgraża się, że wróci na ekran i zastrzeli dwa razy więcej.

Druga „noga” Hollywood, to wspomniane pieniądze. Ten, kto opłaca orkiestrę zamawia muzykę – mówi stare porzekadło, a kto był na wiejskiej potańcówce wie, że to szczera prawda. I gdyby np. Polski Instytut Sztuki Filmowej zechciał… Nie zechce, bo czymże sobie prezydent Kaczyński zasłużył? Niczym, a wręcz przeciwnie. Nawet polski rząd, gdy tylko prezydent Kaczyński zapowiedział (chyba w jakimś szaleństwie) wyjazd do Gruzji, przydzielił mu przybocznego giermka w postaci ministra Sikorskiego, by ten pilnował głowy państwa, co by niczego nie popsuła. Wszakże wszystko tak pięknie żarło. Kto ma dobrą pamięć, pamięta facecję o ślepym snajperze (świetny dowcip, można się pokładać ze śmiechu, ja chwilkę poczekam), albo tę o Shreku (no to było wspaniałe, jak Nowaku o parapet).

Co ten Kaczyński w ogóle sobie myślał? Zamiast wzorem pana premiera biegać za „gałą”, gdy tylko czas na to pozwala (a więc codziennie), zamiast brać przykład z prezydenta Wałęsy, który umiłował sobie stół pingpongowy i krzyżówek rozwiązywanie, zamiast rozchorować się na Filipinach i kurować goleń prawą, zamiast pucować żyrandole, to On jeździł po jakiś Gruzjach nie zważając na śmieszność, jaka towarzyszyła mu w Polsce! Po co taki prezydent w takim dobrym amerykańskim filmie? Zwłaszcza – jak słusznie zauważyli Amerykanie - On przecież już nie żyje.

Konrad Dziecielski

Kombinacja Szwejka

W czasie ostatniego wywiadu z Moniką Olejnik prezydent Komorowski przypomniał, że wypadek samolotu CASA (w Mirosławcu w styczniu 2008) nastąpił trzy miesiące po objęciu stanowiska przez ministra Klicha. "Więc siłą rzeczy – powiedział prezydent - zaczynamy dochodzić do rzeczy bardzo delikatnej, jaką jest odpowiedzialność osób także nieżyjących. Proponowałbym nie drążyć tego tematu, ale też nie sugerować, że można wszystkim za wszystko obarczyć obecnego ministra".

Ja jednak pozwolę sobie podrążyć, bo zasadniczo podziwiam górników. Jak rozumiem pan prezydent zechciał był dotknąć śp. Aleksandra Szczygłę, który wcześniej był ministrem obrony narodowej a feralnego 10 kwietnia ub. roku towarzyszył głowie państwa. Trudno zarzucić panu prezydentowi, że w tym, co powiedział bark jest logiki. Nikt nie może odpowiadać za grzechy przeszłe a w dodatku nie swoje.

Jednak idąc tym tropem należy zapytać, a co się działo w MON pomiędzy katastrofą CASY a TU-154M? Jeżeli przyjrzymy się przyczynom obu katastrof, o czym obszernie informowały media porównując raport z katastrofy CASY i raport sporządzony przez MAK, to one zasadniczo pokrywają w zakresie genezy obu dramatów. Ba, minister Miller mówi nawet, że polski raport będzie dla nas znacznie surowszy.

Tak, więc – panie prezydencie - nie ma sensu przywoływać duchy zmarłych, skoro między żywymi porusza się widmo ministra Klicha. Jeżeli do tego wszystkiego dodamy ostatnie informacje zamieszczone na łamach "Rzeczpospolitej" dotyczące próby skompromitowania członków rodzin zmarłych w katastrofie CASY żołnierzy, a którzy to atakowali MON za sposób prowadzenia śledztwa oraz opiekę nad poszkodowanymi, to doprawdy szczęka opada, dłoń sama zaciska się w pięść, a noga aż rwie się, by kogoś kopnąć w odwłok. Na usta ciśnie się pytanie, na co ja – motyla noga - płacę podatki? Rozumiem, że po katastrofie CASY w MON powinna nastąpić rewolucja: powszechne dywanów trzepanie, kurzów ścieranie, a samoloty miały obowiązek latania tyłem do przodu. Albo i odwrotnie. I co? I nic.

Owo "nic" wprowadza w wojsku błogostan, stan miłej sielanki, wiecznej idylli, o której marzy większość wyższej kadry dowódczej. Poczciwy wojak Szwejk mówił: "Dla pana generała wszystko było niesłychanie proste. Droga do sławy wojennej prowadziła według recepty: „O szóstej wieczorem żołnierze dostają gulasz z kartoflami, o pół do dziewiątej idzie wojsko do latryny, żeby się wyknocić, o dziewiątej idzie spać. Przed takim wojskiem wróg pierzcha". Otóż przed takim wojskiem żaden wróg wcale nie pierzcha, a wydarzenia ostatnich lat pokazują, że również swoi padają ofiarami kombinacji: gularz, latryna, kimono. Julian Tuwom pisał: "Odpowiedzialność - to, co inni powinni ponosić". Widocznie minister Klich zaczytał się w to zdanie bez opamiętania. Ale na samym Klichu się nie skończy...

I jeszcze na koniec dowiedziałem się, że po opublikowaniu polskiego raportu pan prezydent zwoła Radę Bezpieczeństwa Narodowego (tę z Wojciechem J. oskarżonym o kierowanie grupą przestępczą o charakterze zbrojnym?). Znowu pójdzie kawa w termosy. Przypomina mi się Kabaret Mumio: "No, no, no, moja kawa, twoja kawa. Taka rozmowa... Także szaleństwo". A sala pokładała się ze śmiechu. Wsio eto było by smieszno. Kogda by nie było tak grustno, co się na polski przekłada: „I byłoby to wszystko śmieszne, gdyby nie było takie smutne”.

Konrad Dziecielski

Nieautoryzowany dostęp

Platforma Obywatelska zapowiedziała, że odda czołowych polityków PiS do komisji etyki poselskiej za ostre słowa wypowiedziane w czasie debaty ws. katastrofy smoleńskiej.

Przypomnijmy, że chodzi o stwierdzenia: „Sianie nienawiści przez PO jest cynizmem i grą, która kosztowała życie ok. 100 osób" – to prezes Kaczyński. „Nie było w dziejach państwa polskiego takiego zaprzaństwa" – to poseł Macierewicz. „Czy premier wie, na jakiej jest ścieżce i na jakim kursie", kto go naprowadza i z jakiej wieży" - to poseł Kempa, zresztą Beata."Niech pan skorzysta z porady ministra Bogdana Kicha według jego wcześniejszej profesji (jest psychiatrą)" – to poseł Sońta do wicemarszałka Niesiołowskiego.

Nie wiem nawet czy przywoływanie tych kalumnii nie jest już draństwem samym w sobie. Nie mam przed oczyma regulaminu Sejmu, ale wierzę, że chociaż tam uchowała się kara – co daj boże – chłosty plecionym rzemieniem (please). No, ludzie! To Pan Premier wraca z Dolomitów (chyba ze dwa razy wracał tam i z powrotem), przerywa szusowanie, widoków pięknych oglądanie, obcowanie z przyrodą na ręki wyciągnięcie, by tu na łonie parlamentu -  tak od razu w twarz. No, ludzie miejcie serce! To ja przy pisaniu tego tekstu posiłkuje się alkoholem, by zredukował udrękę wszelkich potwarzy, a co dopiero musiał czuć premier, a zakładam, że słuchał na sucho. Czyli Jego bolało podwójnie.

Oczywiście, że musi być kara dotkliwa!   Szczególnie dla Macierewicza: za te słowa, za wzrok i w ogóle (jak w Hollywood) za całokształt dorobku twórczego. Wykąpać w smole i posypać pierzem. Poseł Kempie, zresztą Beacie, powinno utoczyć się stopy w soli i wystawić na widok kozy. Niech liże do woli. Znaczy niech koza liże. A jeżeli chodzi o prezesa Kaczyńskiego, to przyznajmy szczerze, nie ma takiej kary, która istniałaby na tym łez padole, a która byłaby satysfakcjonującą dla „młodych, wykształconych, z wielkich miast”.

Przed oczyma widzę znajomego, swoją drogą zacnego człowieka, któremu na dźwięk nazwiska „Kaczyński” gwałtownie przyrastają skrajne siekacze, a z ust obficie toczy się piana. Bywają chwile, że przytomnieje, ale sam nie wie, jakie to leki działają na niego tak pobudzająco!

Za co jednak chcą karać posła Sońkę, Bóg jeden raczy wiedzieć.  Ja (w odróżnieniu od posła Sońki) uważam, że wicemarszałek Niesiołowski jest zdrowy jak ten – przysłowiowy – rydz, no może ma problemy ze wzrokiem, bo jak onegdaj kamery uchwyciły premiera na boisku (a miał być w tym czasie w innym ważnym miejscu) to wicemarszałek widział jednak Tuska w parlamencie. Istnieją trzy wyjaśnienia tej zagadkowej sytuacji: teleportacja premiera, cud, omamy wzrokowe wicemarszałka. Stawiam na kombinację cudu i wady wzroku. Choć znam takich, którzy uważają, że premier potrafi wszystko – nawet się teleportować. Jeden cmokier twierdził nawet, że premier jest geniuszem „dotkniętym przez samego Boga”.  No, ale nie wszyscy mają nieautoryzowany dostęp do zabezpieczonych dopalaczy.

Konrad Dziecielski

Prostujemy banany

Międzynarodowa Organizacja Lotnictwa Cywilnego (ICAO) nie zajmie się katastrofą smoleńską, bo wedle wyrażnonej opinii był to "lot państwowy", który jako taki tejże nie podlega.

Chciałbym w tym miejscu napisać coś ciepłego o Donaldzie Tusku, bo zauważyłem, że nawet zazwyczaj przychylne mu media przejechały się po panu premierze jak – nie przymierzając – po burej suce. Oczywiście, że nie wszyscy, bo np. w "Puszce Paradowskiej"  jakiś pan z laską (zwany dalej red. Laską) jął wielokrotnie zapewniać, że jest milion ważniejszych spraw niż katastrofa smoleńska, i że – tak w ogóle - Polacy przejeżdżają na czerwonych śwatłach... Że niby to w głębokim poważaniu mamy procedury, prawo i wszelki nadany nam porządek. Chyba ze trzy razy mówił o tych milionach, jakby po nocach śnił mu się śmigający licznik Balcerowicza. Oczywiście, że red. Laska ma absolutną rację, bo kto by się przejmował  stanowionym prawem skoro sam premier Tusk czyta między wierszami, publicznie wypowiadając zaklęcia, że tylko konwencja chicagowska daje nam szansę i że w ogóle jest i będzie super, a już później  to tylko ciepłe mleczko z miodem u babci...

Tymczasem nie tylko rosyjski balet nas oczarował, ale i ICAO oświadczyło, że jeżeli mamy tylko czas i ochotę, to - i owszem - sami sobie możemy banany prostować. I właśnie tutaj będzie ciepłe słowo do premiera Tuska, który pamięta czasy, gdy owoce te były towarem wyraźnie deficytowym. Skoro naważył pan bananowego piwa (jak karmi wyprodukowali, to i zapewne piwo bananowe występuje w przyrodzie), to niechaj pan sobie je wypije na zdrowie. W przerwie meczu. I niechaj zaprosi pan do kompanii red. Laskę - wespół zespół - z red. Wołkiem, a na dodatek dopuści do stołu wicemarszałka Niesiołkowskiego, który – o czym śpieszę z radością donieść - znajduje się w stanie nieustającej wibracji. Jemu też należy się chwila wytchnienia, a nie ciągłe dawanie odporu zdrowemu rozsądkowi. Aha, gdyby pan słyszał, że MAK zakończyło prace, to niech pan nie wierzy. Rosjanie zaledwie opublikowali rozmowy kontrolerów, które wcześniej – nie wiedząc czemu – nie mogły ujrzeć światła dziennego. Strach pomyśleć, co przyniesie dzień jutrzejszy. Sądzę, że jeszcze niejedną rzecz będzie można odebrać w biurze rzeczy znalezionych.

I tylko wówczas, gdy nie mam dla pana dobrych rad i ciepłych słów słyszę  śp. Jacka Kaczmarskiego, który w "Rejtanie, raporcie ambasadora" śpiewał: "Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika. Sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz. Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, to wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse".

Konrad Dziecielski