Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:12
W miesiącu:1079
Liczba odwiedzin:81221

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Kto strug bohaterów?

(12 listopada 2014 r.)
„Jak się pisze i rozumie historię” – taki tytuł nosi książka nieżyjącego już profesora Jerzego Topolskiego, którą kazano mi czytać gdy pełen młodzieńczego zapału i dobrych chęci (którymi piekło jest wybrukowane) studiowałem ów kierunek na uniwersytecie. I ja, pomimo że natura moja przepojona jest nieskończonymi pokładami lenistwa, książkę ową prawie w całości przeczytałem. Dziś niewiele z niej już pamiętam, ale tytuł ten dźwięczy mi w uszach cały czas. Bowiem stwierdzam po latach swoich studiów, w miarę jak szamańskie specyfiki, które mi aplikowano wietrzeją z głowy, że historię pisze się i rozumie źle. Musimy na początku naszych rozważań dokonać uściślenia pojęć, aby wiedzieć z jakimi zwierzętami mamy do czynienia i jak należy je traktować, aby nie zostać pożartym. Zwierzęta te bowiem to prawdziwe, krwiożercze bestie, ryczące i krążące wokół nas w celu pożarcia właśnie.
Historia jest przede wszystkim propagandą. Jej celem jest uzasadnianie wszelkich kłamstw, matactw, manipulacji i najgorszych zbrodni jako słusznych i dobroczynnych działań dla dobra ludzkości. W służbie postępu rzecz jasna. Jest takie powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy. I jest to powiedzenie jak najbardziej prawdziwe. I ponure zarazem. Ale prawda może być ponura, nic jej to nie zaszkodzi w byciu prawdą. Jeden z naszych zaborców, król pruski, powiedział kiedyś, że zabierzemy (my Prusacy) Polakom Wielkopolskę i Pomorze, a moi historycy uzasadnią dlaczego. I uzasadniali ochoczo, a jakże. Warto więc sobie uzmysłowić, kto stworzył nam naszą narrację historyczną, kto jest owym zwycięzcą? Nie muszę chyba dodawać, że my nie należymy do tego grona, lecz do grona przegranych. Skoro tak, a jest tak, zapewniam, zastanówmy się kto napisał nam historię i podał ją do wierzenia. Jest ona bowiem bardziej przedmiotem wiary niż wiedzy.
Jest zatem historia propagandą tworzoną przez zwycięzców, aby uspokoić przegranych i wmówić im, że wszystko jest ok. Że ich niewolniczy stan jest najlepszy ze wszystkich możliwych i mają z niego nieustannie się cieszyć. A żeby nie było im smutno, konstruuje się owe narracje historyczne, które są całkowicie przenicowaną wersją dziejów. Tworzy się zatem mity, które przykryć mają fakty, a wszystko to dla dobra skolonizowanych narodów. Mówiąc krótko, by żyło się im lepiej, a przynajmniej, żeby tak czuli. Wystarczy jednak poskrobać tynk, żeby zobaczyć, że pod spodem wyłazi nam zupełnie inny obrazek. Ci bowiem, którzy tworzą owe narracje nie są tak doskonali jak im się to na uniwersyteckich kursach szamańskich wmawia. Popełniają błędy i od czasu do czasu coś chlapną na kartach swoich książek. Z obfitości serca usta mówią, można by rzec. Wystarczy jedno niewinne zdanie, które może stać się dla nas drogowskazem. Wskazać kierunek wyjścia z piekielnych kręgów, w jakie nas wtłoczono, wmawiając, że to raj. Trzeba tylko pociągnąć za tę niteczkę i pruć, pruć i jeszcze raz pruć!
Jak konstruuje się narracje historyczną? Przede wszystkim od dziecka uczymy się o królach i sławnych wodzach. A więc poznajemy dzieje przez pryzmat tzw. wybitnych jednostek, które wywrzeć miały piętno na bieg naszych dziejów. Używam określenia „tak zwanych wybitnych”, bowiem kiedy troszkę poskrobiemy, albo zaczniemy pociągać za tę niteczkę, może okazać się, że nie mamy do czynienia w cale z osobą tak wybitną, jak nam się to przedstawia. A czasem wręcz bohater ten to zwyczajny, skończony gamoń, któremu grono zawodowych kłamców zrobiło dobry pijar. I wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie po co to zrobiono, na czyje zlecenie i za czyje pieniądze. Pieniądze bowiem są tu ważne, nawet najważniejsze. Takiego bohatera struga się bowiem z banana, albo innego tworzywa w celu przekręcenia lub pomnożenia czyjegoś sporego budżetu, a ten nieszczęśnik ma taki przekręt przykryć swoimi „wybitnymi” dokonaniami, odwrócić naszą uwagę od spraw ważnych – czyli istoty owego finansowego przewału i zwrócić ją w stronę nieistotną, ot np. jakąś efektowną wojnę z dużą ilością malowniczych bitew, o których potem pisze się wiersze, na podstawie których maluje się obrazy, pisze powieści i kręci filmy. A wszystkie te dzieła sztuki zastępują z czasem opasłe naukowe tomiska, do których nikt już nie zagląda i sfera tzw. kultury popularnej unieważnia uniwersytet i jego szamanów. Ja wiem, że powinienem dawać przykłady, ale spokojnie proszę się nie denerwować. Przykłady też będą. „Nie za wiele od razu, mamy czas” jak mówił pułkownik Kuklinowski przypiekając ogniem związanego Kmicica.
Mamy zatem owych wybitnych bohaterów, sławnych wodzów, założycieli dynastii itd. Chodzące mity, na których zbudowano nam tożsamość duchowo – intelektualną. Aby było miejsce dla owych struganych ludzików trzeba było uprzątnąć pola i wygarnąć z niego do worka na śmieci tych, którzy mogliby w tym konstruowanym przez tańczących szamanów przekazie coś zakłócić. A kto jest w tym szemranym procederze zawadą numer jeden? Niewątpliwie święci Kościoła Katolickiego. Dlatego zrobiono wszystko, aby owych świętych maksymalnie nam zohydzić, albo ośmieszyć. Przedstawiono nam ich jako bandę przygłupów, nieprzystosowanych do życia, którzy pętają się gdzieś tam na obrzeżach ważnych wydarzeń i przeszkadzają wielkim świata tego w nieuniknionym „straszliwym dziele reformowania świata”. Co innego świeccy święci, walczący w awangardzie postępu! Tych zawsze mamy dużo u siebie i zawsze mamy ich wielbić.
Ale nie tylko w taki sposób przedstawia nam się dzieje. Nie tylko przez pryzmat wybitnych jednostek. Marksistowska herezja ukazuje nam historię jako ciąg zdarzeń, których motorem napędowym są masy. Niezadowolone, ciemiężone masy ludowe dokonują w końcu czynów wielkich, zrzucają tyranów, nawet tych wybitnych i reformują świat we właściwym kierunku. Ta narracja także ma przykryć nam istotę stanu rzeczy, czyli kto i za ile dokonał danej rewolucji, kto na niej zarobił, a kto był głównym wrogiem. Ale jak zawsze wystarczy popruć…
Kogo zatem możemy nazwać owym zwycięzcą, piszącym nam historię? Kto konkretnie stworzył historię Polski? O tym niedługo…
Łukasz Kołak


Komu wolno pisać historię, czyli system jerozolimski a kwestia płota

(czwartek, 06 listopada 2014 r.)
„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli. Pierwszy z nich, mniej więcej czterdziestoletni, ubrany w szary letni garnitur, był niziutki, ciemnowłosy, zażywny, łysawy, swój zupełnie przyzwoity kapelusz zgniótł wpół i niósł w ręku; jego starannie wygoloną twarz zdobiły nadnaturalnie duże okulary w czarnej rogowej oprawie. Drugi, rudawy, barczysty, kudłaty młody człowiek w zsuniętej na ciemię kraciastej cyklistówce i kraciastej koszuli, szedł w wymiętych białych spodniach i czarnych płóciennych pantoflach”. Postanowiłem rozpocząć dzisiejszy wpis tym literackim cytatem z „Mistrza i Małgorzaty” Michała Bułhakowa. Dlaczego? Być może dlatego, że lubię chwalić się cytatami i zaspokajam w ten sposób swoją próżność. Może dlatego, że taki cytat, z owej słynnej powieści przyciągnie czytelników. Być może dlatego jeszcze, że będę dziś kontynuował wątki o uniwersytecie i jego roli we współczesnych czasach, a ponieważ chodzi o szeroko rozumianą humanistykę, cytat taki jest a propos.
Latem, będąc na urlopie, wysłuchałem sobie w sieci dwóch wykładów, wygłoszonych przez „dwu obywateli”, jakby to mógł ująć Bułhakow. Ciekawych bardzo, chodzi nie tylko o same wykłady, ale i wygłaszających je mówców. Obaj, każdy na swój sposób, złożyli niezwykle cenne świadectwa, w temacie dotyczącym roli nauki i uniwersytetu. Tak to bywa, że przygodę można przeżyć nawet nie lecąc do Egiptu i nie oglądając piramid. Przygoda bowiem, zupełnie jak wątroba, leży w człowieku, a nie poza nim. Ten pierwszy z wykładowców – był to prof. Marek Jan Chodakiewicz, na co dzień wykładający w prywatnej uczelni w Waszyngtonie: Institute of World Politics. Ten drugi – to ks. prof. Tadeusz Guz, zajmujący się m.in. filozofią, a wykładający z kolei na KUL – u. Jeden z dwu wymienionych przeze mnie profesorów pełnić będzie w moim dzisiejszym opowiadaniu rolę pozytywną, drugi negatywną. Któż zatem może być tym czarnym kozłem? Pewnie ksiądz, pomyśli ktoś z Państwa, w końcu chodzi na czarno. Ale nie, pomyśli ktoś inny, autor tego bloga wypowiada się o Kościele raczej pozytywnie, księdza będzie atakował? A zatem przejdźmy, jak to mówi Paweł Lisicki, do rzeczy!
Podczas wykładu prof. Chodkiewicza, zadano mu pytanie kto powinien pisać historię. Oczywiście chodziło o to czy może się tym procederem trudnić osoba pozbawiona stosownego wykształcenia, odcięta od źródeł. Profesor odparł, że może. Że taki amator też może pisać historię. Uff… pomyślą Państwo. Ale jest jedno ale! Amator może, a nawet powinien pisać historię, lecz tylko dotyczącą spraw lokalnych, opisywać dzieje miejscowości, w której mieszka, lokalnej architektury itp., itd., czyli tym, czym nie może zając się osobiście prof. Chodkiewicz, ze względu na to, że zajmuje się on łorld politiks w wymiarze globalnym, więc nie może tracić czasu na głupoty. Ale wy drodzy amatorzy, macie tu pole do popisu. Działajcie. Jak to ujął profesor, taka zaintrygowana historią pani harująca większą część dnia w banku, może po godzinach zajmować się historią płotu przy jakiejś kamienicy w Sieradzu i napisać jego monografię, którą pan profesor z ochotą sobie przeczyta, albowiem sam historii tego płotu nie zdąży już napisać, bo łorld politiks i takie tam. Ale już takiej pani z banku wara od łorłd politiks! Tu nie ma dla niej miejsca, tu mają pole do popisu wyłącznie szamani, tzn. chciałem oczywiście napisać, absolwenci tego institjutu, którzy pod czujnym okiem prof. Chodakiewicza opanowali tajemną wiedzę rozumienia historii i polityki w wymiarze globalnym i potrafią czytać źródła, czego nie potrafi pani od tego płotu przy sieradzkiej kamienicy. Więc Pani nie, jeszcze długo nie! No chyba, że sprzeda Pani swój majątek, zaprze się samej siebie i… wyjedzie do Waszyngtonu, wpłaci czesne i rozpocznie u nas studia. Wtedy  po kilku latach będzie Pani już godna do zajmowania się łorld politiks i pochodnymi. Nie wcześniej! Wcześniej to płoty i kolumny kamienic. Tako rzecze prof. Chodakiewicz. Aby nadać rangę swoim słowom i pognębić dosadniej tych, którzy uzurpują sobie prawo do pisania historii w wymiarze „łorld”, bez akceptacji naczelnego szamana z uniwersytetu, profesor podał przykład jakiegoś amerykańskiego blogera, który swoimi wpisami robił furorę w sieci, miał mnóstwo czytelników, ale w końcu okazało się, że jest jakimś sfrustrowanym chłopcem na utrzymaniu mamusi, który metodą „kopiuj wklej” tworzy swoje wiekopomne wpisy blogerskie i tyle. Słuchałem tych słów profesora dosyć uważnie, aby stwierdzić czy przypadkiem nie pasuję do opisu owego amerykańskiego frustrata, ale na szczęście sam się utrzymuję, będąc na posadzie w „fabryce kłamstwa, żelaza i papieru” zupełnie jak pan profesor od politiks oraz swego czasu Konstanty Ildefons Gałczyński. Doborowe towarzystwo, chodź fabryki różnej wielkości i pensje tez zróżnicowane. Fakt bycia na własnym utrzymaniu oczywiście nie zwalnia mnie z możliwości popadnięcia w frustrację, a może nawet w pełne wariactwo, jestem jednak także posiadaczem dyplomu ukończenia studiów uniwersyteckich, więc chyba mam prawo do zajmowania się historią nie tylko płotów w Gdyni lub Gdańsku, ale nawet całych gmachów wraz z lokatorami. Jest tylko jeden feler, który czyni mnie niestety historykiem nie mogącym wyjść poza teren płotu. Też nie mam dostępu do źródeł, więc łorld politiks  nie dla mnie… A bez źródeł, to jak mówił profesor, to 2 plus dwa nie wyniesie 4, na której to czwórce stoi system logiki ukształtowany przez Jerozolimę, Ateny i Rzym. Więc trzymaj się jak pijany płotu…
I już bliski popadnięcia w depresję, że przyjdzie mi być tylko sfrustrowanym blogerem od „kopiuj wklej”, albo historykiem puckich sztachet, wysłuchałem drugiego wykładu, tym razem ks. profesora Tadeusza Guza, który choć starszy wiekiem i doświadczeniem naukowym od Chodakiewicza, pozbawiony był tej maniery którą można by określić mianem „ale jestem zajebisty!”. Może sprawia to pokora wyćwiczona przez post i modlitwę, a może owo właśnie doświadczenie, które jest w przypadku księdza profesora absolutnie wyjątkowe. Ks. prof. Guz bowiem, przemawiając w tym roku, nie pamiętam już czy we Wrocławiu czy w Warszawie, przed skromnym audytorium, wypowiedział bowiem słowa, które wstrząsnęły mną jeszcze bardziej niż kwestia sfrustrowanych blogerów. Powiedział, ni mniej ni więcej, tylko że pewne źródła są ukrywane. Powtarzam, żebyśmy dobrze rozumieli: UKRYWANE. I proszę sobie wyobrazić, że nikt na tej sali nie zemdlał z wrażenia, nie spadł z krzesła, ani głośno nie zaprotestował. A mną zaczęło, po raz kolejny tego lata, ostro tarpać, co w mazowieckiej gwarze, znaczy trząść. Dodajmy tu, że księdzu profesorowi chodziło o pewne komentarze Marcina Lutra, zapisywane przez tego wybitnego rewolucjonistę, na marginesach psalmów, do których to dokumentów ksiądz jakimiś swoimi kanałami dotarł, dzięki czemu mógł w pełni odtworzyć jego, tzn. Lutra, filozoficzno – duchową sylwetkę. Chodziło tam m. in. o cytat, w którym Luter pisze, że Bóg, najpierw stał się diabłem. Cytat ten, odczytany przez ks. Guza na jakimś sympozjum naukowym, zrobił furorę, a jeden ze słuchaczy, także profesor, zarzucił księdzu nieprawdę. Nie wiedział bowiem ów biedny pracownik naukowy, że ks. Guz dotarł do rzeczy powszechnie nieznanych, nie musimy sobie tu chyba dodawać dlaczego. Komu może zależeć na ujawnianiu takich prawd o Marcinie Lutrze, kiedy jest on już nie tylko świętym protestanckim, ale nawet wielkim świadkiem wiary ma być dla katolików? A tu taki klops z tym Bogiem – diabłem, czysty zonk, jak mawiał Zygmunt Chajzer. Jednocześnie wstąpiła we mnie nowa nadzieja, że skoro tak, skoro pewne źródła są ukrywane, tzn. że pisząc historię, nawet w wersji globalnej, nie trzeba być wtajemniczonym w dostęp do źródeł, a jednocześnie pozostać wiernym temu jerozolimsko – ateńsko – rzymskiemu prawu logiki, któremu tak hołduje prof.. Chodakiewicz.
Jaki zatem morał z tego mojego dzisiejszego opowiadania? Jaką rolę pełnią uniwersytety, skoro nie udostępniają masowo źródeł dla amatorów, pracujących w bankach, żeby po godzinach udzielania kredytów i zakładania kont, mogli sobie przejrzeć, co na temat Boga myślał sobie pewien niemiecki augustianin? Taka wiedza zburzyłaby im to jerozolimskie 2+2? No i najważniejsze, co jeszcze ukrywają przed nami uniwersytety i ich pracownicy? Wszystkiego ujawnić bowiem nie zdoła w pojedynkę szanowny i czcigodny ks. profesor Tadeusz Guz.
Łukasz Kołak

Bananowe ludziki w zastępstwie Zuzi ze szmatek

 

(czwartek, 02 października 2014 r.)
Sterujący naszym życiem, naszymi myślami i emocjami szamani, nie lepią już ludzi z błota, tak jak kiedyś pewien praski rabin ulepić miał słynnego golema. Nie tworzą też laleczek ze szmatek, niczym słynną z uroczej pioseneczki dla dzieci Zuzię „lalkę niedużą, a na dodatek całą ze szmatek”, którą pamiętam z lat dziecinnych. Dzisiaj, aby akcja dramatu, w jaki nas się tłoczy, mogła się toczyć bez zakłóceń struga się ludziki z bananów. Banan to owoc dostępny już u nas bez ograniczeń, a co najważniejsze egzotyczny, nadaje więc takiej wystruganej z niego postaci sznyt egzotycznej przygody, co bardziej ma uwiarygodnić dramaturgię. Potem sadza się taką grupkę wystruganych ludzików w telewizji i wio…
Ponieważ przebywam często w środowisku ludzi narkotyzujących się tym nowoczesnym wynalazkiem, którego zadaniem jest nasze emocje rozpuścić w kleistej cieczy, udało mi się niedawno obejrzeć kawałek programu prowadzonego przez Agatę Młynarską i Kacpra Kuszewskiego – tego z „M jak Miłość”. Nie pamiętam dokładnie tytułu tego programu, coś z kręceniem tam było, albo wkręcaniem, ale jego tematem była nadchodząca premiera filmu „Służby specjalne”. Wśród zaproszonych gości był zatem reżyser tego filmu, Patryk Vega, wystrugany z grubego, dojrzałego banana, odtwórczyni jednej z głównych ról, przyrządzona z kolei z jakiegoś malutkiego i mniej dojrzałego oraz dziennikarz z „Newsweeka” Andrzej Stankiewicz, zrobiony z takiego bardziej chyba prostego, bardziej sztywnego. Podczas rozmowy, gruby banan, czyli Vega wypowiadał swoje kwestie na temat likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych, które napisano mu chyba na kolanie jakiejś rozbawionej panienki podczas sutej libacji alkoholowej u gen. Marka Dukaczewskiego. Nie muszę chyba zatem ich Państwu streszczać, domyślacie się, że likwidacja tej komunistycznej agentury jest dla pana reżysera tragedią, przy której los Sodomy i Gomory to zabawa w piaskownicy w towarzystwie Zuzi ze szmatek. Zadaniem sztywnego banana było z kolei uwiarygodnić narrację pana reżysera, robił zatem poważne miny, eksponował usta i starał się bredzić bardziej elegancko niż gruby banan. Reszta osób biorących udział w tym przedstawieniu to już tylko didaskalia – aktoreczka jako maskotka, Agata Młynarska usiłowała co prawda przekonać nas, że ma coś interesującego do powiedzenia w tym temacie, ale jej delikatnie mówiąc nie wyszło, a Kacper „Miłość” Kuszewski to już tylko siedział, kiwał lekko głową i sprawiał wrażenie ludzika ulepionego niezdarnie przez dzieci, nudzące się po lekcjach w szkolnej świetlicy, z plasteliny z odzysku. Rozmowa oczywiście miała na celu zachęcenie widzów do pójścia do kina na owe dzieło, mnie jednakże, jak się Państwo domyślacie, nie zachęciła. Nie wiem jak zareaguje Sławomir Cenckiewicz, autor książki o WSI, z którą to książką film ten będzie oczywiście polemizował. Może wybierze się na ten film, a potem Agata Młynarska zaprosi go do studia, aby coś nam o tym powiedział. Ciekaw jestem jakie banany polemizować będą z Cenckiewiczem w kolejnej odsłonie przedstawienia?
Łukasz Kołak

Angielscy konserwatyści jako gangsterzy, czyli lord Curzon i jego "linia"

(środa, 01 października 2014 r.)
Miało być o sprawach ważnych, pierwszorzędnych. Więc będzie. Znacie Państwo określenie „linia Curzona”. Pod tym magicznym zaklęciem, będącym częścią zdecydowanie czarnej magii, kryje się, ni mniej ni więcej, tylko polska granica na wschodzie. Na linii Bugu, skrótowo rzecz ujmując. A granicę tą wytyczył ów lord Curzon właśnie i wszyscy od szkoły podstawowej wiemy, komu zawdzięczamy ten okrutny los, czyli utratę naszych tzw. kresów, a w rzeczywistości prawie połowy terytorium państwa polskiego. Komuś kto odpowiada za ten fragment narracji historycznej, narracji tworzonej na zamówienie, zależało bardzo, aby tego Curzona wbić nam, tubylcom, w głowę, żebyśmy to na niego zrzucili całą odpowiedzialność za tę zbrodnię. Był sobie taki angielski lord, minister, wykwintny człowiek, jak na Anglika przystało, mający jakieś bliskie związki emocjonalno – towarzyskie ze swoim wychowawcą ze szkoły męskiej w Eton College, który, gdy już podrósł i zrobił karierę, wpadł na pomysł odebrania Polakom ich ziemi i oddania jej sowietom. Wtedy kiedy pomysł ten się narodził, nie udało się owego planu zrealizować, bowiem Polacy, kierując się swymi podłymi nacjonalistycznymi instynktami, ruszyli się zbrojnie po swoje. Polacy  bowiem, w odróżnieniu od Anglików nie mają interesów tylko instynkty. Dlatego trzeba ich dyscyplinować i pilnować, za odpowiednią opłatą, ma się rozumieć, nikt nie chce pełnić niewdzięcznej roli guwernera dzikiego ludu za friko. Minęło jednakże dwadzieścia lat od rzucenia przez tego wybitnego arystokratę pomysłu na zmianę mapy w tej części świata i plan udało się w 1945 r. ostatecznie zrealizować. Linia Curzona stała się faktem, sprawiedliwość dziejowa i demokracja jak zwykle zwyciężyły!...
Plan owego, zdecydowanie nieświętej pamięci lorda nazwałem zbrodnią, bowiem pod tym enigmatycznym, podręcznikowym  określeniem „linia Curzona” kryje się właśnie zbrodnia i to okrutna. Nie chodziło tu bowiem o odebranie ziem jednemu państwu na rzecz drugiego. Tu chodziło o zamordowanie polskiego, tzw. kresowego ziemiaństwa. Operacja ta była potrzebna Anglikom, a podwykonawcą zostali sowieci. Curzon użyczył swojego nazwiska, aby brylowało w podręcznikach do końca świata, a może nawet dzień dłużej.
Lord Curzon, jak informuje nas wikipedia był świetnym mówcą i bawił się nawet w kogoś takiego jak Eryk Mistewicz, czyli twórcę reguł skutecznego przemawiania. Sprawa ustalenia polskich granic jest chyba dobrą ilustracją na to jak ludzie tacy, aspirujący do roli oberszamanów są skłamani od podszewki i jako aktywni gangsterzy na usługach imperium, bardzo niebezpieczni. Przekonaliśmy się o tym w 1945 r. kiedy to projekt wybitnego mówcy angielskiego został w końcu zrealizowany, ale jakoś nie drążyliśmy tematu, nie dociekaliśmy, kto jest tym głównym mafiosem, wydającym na nas wyrok, zajęci byliśmy przeklinaniem podwykonawcy, który istotnie, był odrażający, miał nóż w zębach i śmierdział wódką. Daliśmy więc spokój eleganckiemu lordowi i jego wytwornym towarzyszom, którzy mogli już spokojnie, bez obaw, że nacjonalizm polski wyrządzi znowu komuś szkody, polować sobie na lisa, spekulować na giełdzie, albo elegancko przemawiać na forum parlamentu niczym sam Eryk Mistewicz w telewizji.
Oczywiście jestem świadomy, że teraz ktoś może mi zarzucić, że się czepiam, że lord Curzon, był wybitnym politykiem partii konserwatywnej, co samo w sobie jest ważne, bo jak wiemy, w partii konserwatywnej, panie, była sama, panie Margaret Tchatcher! Więc to tak nie może być, żeby konserwatywny lord, walczący z komuną u siebie, w dodatku przeciwnik nadania praw wyborczych kobietom, co jest już drugą zasługą samą w sobie, był świadomym sojusznikiem sowietów i zacierał ręce, oblizując się lubieżnie tuż po chwili, gdy sformułował i wysłał 11 lipca 1920 r. notę dyplomatyczną ze wskazówkami granicznymi do komisarza Grigorija Cziczerina. Nie, panie, to po prostu efekt tego, że lord nie do końca rozumiał bolszewików, panie, Rosji, pomylił się po prostu, po ludzku, Zachód, panie, wciąż się myli, nie rozumie, panie, Rosji. Otóż to Drodzy Państwo nie ma żadnego znaczenia! Ani jego konserwatyzm, ani niechęć do nadania praw wyborczych kobietom, ani wykwintne maniery, ani Margaret Tchatcher wyrażająca się ciepło o Polakach w latach 80 i nazywająca sowietów Imperium Zła. To wszystko nie ma żadnego znaczenia! Angielski konserwatywny lord, którego manierami i umiejętnością uprawiania polityki zachwycać się może ktoś w rodzaju prof. Jacka Bartyzela lub Eryka Mistewicza, także może być zwyczajnym gangsterem. Tylko zamiast dresu nosi frak. I nie wyciera osmarkanego nosa w rękaw tylko w haftowaną złotymi nićmi chustę z wizerunkiem herbowego smoka. Reszta jest taka sama. W tym przypadku, angielskim ufrakowanym gangsterom, których reprezentował lord Curzon chodziło o zlikwidowanie, rękami sowieckich gangsterów w „leninowskich kurtkach”, polskiego ziemiaństwa, które pomimo lat zaborów, represji popowstaniowych itp. trzymało się dobrze, produkowało żywność, miało pieniądze, broń i swoją tradycję. To dzięki tej grupie Polska trwała i przetrwała. Likwidacja jej oznaczała konieczność oparcia Polski na kimś innym. A kto pozostał? Np. warstwa urzędnicza, która wywodziła swoje tradycje nie z garnków ze złotem zakopanych na olbrzymiej posesji tylko z oświeceniowego „postępu”, nakazującego podjąć trud „straszliwego dzieła reformowania świata”, finansowanego z budżetu państwa, które w tym celu musiało łupić własnych obywateli, a następnie, gdy forsy wciąż brakowało, zaciągać długi, ot choćby u kolegów konserwatywnego lorda C. Który doskonale w polityce się orientował i Rosję, a później bolszewików rozumiał i umiał wykorzystać. Wiele lat przed wybuchem I wojny światowej lord Curzon, jako wicekról Indii, robił wszystko, aby powstrzymywać ekspansję polityczną i gospodarczą Rosji w Azji. W 1903 r. zorganizował np. wyprawę zbrojną do Tybetu, mającą na celu, jak podaje wikipedia: „umocnienie wpływów brytyjskich w tym himalajskim kraju i osłabienie infiltracji rosyjskiej”. Więc jakby to miało być Proszę Państwa, tam zbrojnie powstrzymuje Rosjan przed ich panoszeniem się w Azji, a tu u nas, wpuszcza ich śmiało aż do Bugu i nie obawia ich wpływów i infiltracji? Nie rozumie Rosji, nie ogarnia swym umysłem? Wszystko odbywało się zgodnie z planem, jak należy. No prawie wszystko. W 1920 r. ci ksenofobiczni Polacy, odbili jednak część swych wschodnich ziem. Trzeba było poczekać z pełną realizacją śmiałego planu, godnego wicekróla Indii, do lat 1939 – 1945. Po zamordowaniu ziemiaństwa wystarczyło jeszcze rozpętać powstanie w Warszawie, żeby wybić trzon tej miejskiej inteligencji, na której ewentualna wolna Polska mogłaby się wesprzeć. A później to już pozostał tylko prof. Kieżun w laboratorium, w którym panowie w leninowskich kurtkach poddawali go eksperymentom, opisywanym teraz dziarsko przez Sławomira Cenckiewicza…
Łukasz Kołak