Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:12
W miesiącu:1079
Liczba odwiedzin:81221

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Święty Wojciech na Powązkach czyli mieczykiem Chrobrego pokrójmy parówkę

(niedziela, 01 czerwca 2014 r.)
Muszę się przyznać bez bicia, że czuję niedosyt i niesmak. Zacznę od tego drugiego uczucia. Czuję ogromny niesmak, albowiem przed przystąpieniem do napisania tego tekstu skonsumowałem kawałek wyrobu wędliniarskopodobnego, zwanego potocznie parówką. Wszystko odbyło się jawnie, tak aby nikt nie oskarżył mnie o "parówkowe skrytożerstwo". I muszę przyznać, że jestem wstrząśnięty, widać dawno nie jadłem parówek. Nie wiem zresztą czy to, na co się skusiłem można nazwać szlachetnym mianem parówki, bowiem smakowało jak kawałek tłustej brei do którejś ktoś dosypał worek soli. I tak miałem szczęście, bo kości w tym czymś były dobrze po mielone i żaden odprysk nie utkwił mi w zębach. Kiedy już przełknąłem ową słoną breję, pomyślałem sobie, że gdybym był producentem tej "parówki", wstydziłbym się podać coś takiego nawet pensjonariuszom zakładów karnych, odsiadujących wyroki za ciężkie przestępstwa. I z takim przekonaniem usiadłem do spisywania niniejszych słów, kiedy to zobaczyłem w internecie fotorelację z pogrzebu Towarzysza Generała. Jakże szybko zweryfikowałem swoje przekonania! Patrząc na tych ludzi, którzy przyszli złożyć wieńce owemu "członkowi zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym", jak nazwał Wojciecha Jaruzelskiego w 2012 r. niezawisły przecież sąd III RP, uzmysłowiłem sobie, że bez mrugnięcia powieką i bez drżenia rąk, karmiłbym tych żałobników tylko takmi parówkami! Na śniadanie, obiad i kolację! I to bez musztardy!
Sporo ludzi było zbulwersowanych faktem uroczystego pogrzebu na cmentarzu powązkowskim generała. Czy słusznie? Pamiętacie Państwo jak żegnano innego członka zorganizowanej grupy przestępczej, znanego powszechnie pod imieniem Nikoś? Nie było co prawda, z tego co pamiętam kompanii honorowej, ale też było bardzo uroczyście, a do wieczności odprowadzał Nikosia sam arcybiskup Gocłowski. Jacyś dżentelmeni z giwerami też pewnie tam byli, zważywszy na to, że Nikoś, w przeciwieństwie do generała, nie umarł na spokojnej, zasłużonej emeryturze, tylko podczas pełnienia służby, w burdelu o nazwie "Las Vegas", czy jakoś podobnie. Tak to już jest Drodzy Państwo, że aby zasłużyć na pogrzeb z honorami trzeba zostać członkiem jakiejś zorganizowanej grupy przestępczej, albo chociaż się o nią otrzeć. Więc przestańmy się ekscytować niezdrowo, tyle niezapomnianych przygód ściele się przed nami, ot choćby konsumpcja parówki. Też może być przygodą, zapewniam.
Przejdźmy teraz do tego drugiego mojego odczucia, czyli niedosytu. Przepraszam, że ja tak ciągle piszę o sobie, ale takie mam deficyty, proszę mi wybaczyć. Otóż odczuwam niedosyt, którego nie zaspokoił nawet Aleksander Kwaśniewski ze swoim ostatnim słowem. Albowiem do ostatniej chwili łudziłem się, że doczesne szczątki Towarzysza Generała uroczyście złożone zostaną w Katedrze Gnieźnieńskiej, gdzie dawno, dawno temu, jeszcze przed komuną, książę Bolesław Chrobry pochował św. Wojciecha. Proszę zwrócić uwagę, jak historia zatoczyłaby koło. Ile paralel. Tu święty Kościoła Powszechnego, patron Polski, a tu świecki święty międzynarodowego ruchu robotniczego, patron okrągłego stołu. Tu biskup, którego chowa z honorami książę Bolesław, którego mieczyk nosił w klapie ten drugi, pacholęciem będąc. Tu święty pochodzący z Czech, a tu generał szykujący zbrojną inwazję na Czechosłowację w 1968 r. No i ta zbieżność imion. Przypadek?... Jakąż to opasłą książkę mógłby o tym napisać taki profesor Andrzej Friszke, którą następnie nagrodzono by jakąś Nike czy inną Klio. A tak szansa przepadła i stąd mój niedosyt...
Dosadnie odczytuję słowa księdza Roberta Mokrzyckiego, proboszcza Katedry Polowej, który zajął się wyjaśnieniem nam kwestii nawrócenia generała Jaruzelskiego przed śmiercią i wynikającego stąd katolickiego obrządku pogrzebowego. Otóż jak głosi komunikat księdza: „podczas choroby gen. Jaruzelskiego, z inicjatywy grona jego przyjaciół, odprawiana była w Katedrze Polowej msza św. o łaskę Bożą dla niego i o zdrowie [i dziś] powiedzieć można, że okazała się łaska Boża. U schyłku swego życia, ok. 13 dni przed ostatnim stadium choroby, przebywający w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów gen. Jaruzelski w sposób świadomy, wolny, nie ulegając jakimkolwiek sugestiom czy naciskom, poprosił kapłana – kapelana Ordynariatu Polowego – o spowiedź, odbył ją, uzyskał rozgrzeszenie, wzbudził żal za grzechy. Spełnił tym samym kanoniczne warunki, aby po długiej drodze znów do swego serca przyjąć Jezusa Chrystusa”. Tyle suchy komunikat, po którego odczytaniu wszystko powinno wydać się ok. Ja jednak jak wiecie lubię się czepiać. Nie odmawiam generałowi prawa do nawrócenia. Historia pokazuje nam wiele takich przypadków. Ot weźmy takiego Szawła. Broi, aż miło, kiedy to nagle coś się zmienia i z prześladowcy chrześcijan, staje się gorliwym wyznawcą Chrystusa. Ale ile czasu zajmuje mu zdobycie zaufania tych, których wcześniej prześladował. Ile musiał się natrudzić, żeby udowodnić, że przemiana w Pawła jest prawdziwa, a nie udawana. A rozgrzeszał go nie proboszcz Mokrzycki tylko sam Galilejczyk na drodze do Damaszku. Weźmy teraz nawrócenie generała, równie gorliwego prześladowcy wierzących jak i niewierzących. Mamy akt żalu, spowiedź, rozgrzeszenie i... pozamiatane. Przestańcie się czepiać, sugeruje nam ksiądz Mokrzycki. Jakoś tak właśnie odbieram ten komunikat. A w tle słyszę komunikat innego kapłana, będącego w istocie szamanem, przebranym za księdza, stojącego dyskretnie za kapelanem Katedry Polowej, uśmiechniętego od ucha do ucha, który jąkając się wykrzykuje dziarsko: "Ooodpieprzccie się od ggenerała!"...
Łukasz Kołak




Rozwiązłość w służbie Imperium Dobra

(środa, 21 maja 2014 r.)
Poniedziałek to dzień trudny, bowiem rozpoczyna tydzień pracy. Ale jest to też dzień ciekawy, bo w kioskach pojawiają się tygodniki niepokorne, a w nich wiele niezwykle interesujących historii, z przewagą wstrząsających, ale kończących się happyendem. Oto w jednym z nich, tym moim ulubionym, reklamującym mobile konta i leasingowe zakupy samochodów, prof. Sławomir Cenckiewicz opowiada historię pułkownika Kuklińskiego i jego "resortowych" romansów, będących przykrywką dla działalności szpiegowskiej na rzecz Imperium Dobra.
Dyskusja o pułkowniku Kuklińskim powróciła niedawno za sprawą filmu Władysława Pasikowskiego "Jack Strong". Dyskutowano o tym filmie i jego bohaterze długo i intensywnie, mnie jednak najbardziej interesowała kwestia dlaczego to właśnie reżyser słynnych "Psów" został namaszczony do zrobienia tego obrazu. Wiemy bowiem, że kręcenie filmów w naszym kraju to nie jest robota przypadkowa. Nie każdy i nie zawsze dostanie stosowny budżet, a i tematyka polskich filmów jest, nazwijmy to delikatnie, specyficzna. Tymczasem Pasikowski to reżyser "polityczny", z niejednego pieca już popiół wytrząsał i niejeden słoik z konfiturami odkręcał. Patrząc uważnie na dwa jego filmowe dzieła: "Operację Samum" oraz niedawne "Pokłosie", można odnieść wrażenie, że twórca "Psów" jest kimś w rodzaju pasa transmisyjnego pewnych wpływowych środowisk Imperium Dobra na nasz tubylczy grunt i do naszych tubylczych mózgów. Kiedy wchodziliśmy do NATO przekonywał nas, że oficerowie komunistycznych służb to wybitni fachowcy, którzy potrafią współpracować skutecznie z Zachodem w interesie ojczyzny. O tym jest właśnie " Operacja Samum". "Pokłosie" to z kolei ważny głos w dyskusji nad tradycyjnym polskim antysemityzmem i koniecznością zadośćuczynienia środowiskom żydowskim za holokaust, którego jesteśmy sprawcami. I teraz nagle zabiera się za Kuklińskiego i robi obraz o samotnym bohaterze walki z komuną. Nagle wybitni fachowcy nie są tacy wybitni, Ludowe Wojsko Polskie nie jest takie polskie, a my Polacy, antysemici, szabrownicy i mordercy zasługujemy na posiadanie bohatera, dzięki któremu staliśmy się pełnoprawnym, zasłużonym  członkiem wolnego świata. Można dostać kręćka od tych sprzecznych narracji, to się chyba jedność przeciwieństw nazywa czy jakoś podobnie.
Wróćmy do prof. Cenckieiwcza. Już podczas jednej z publicznych dyskusji o Kuklińskim, pan profesor wspominał o jego bujnym życiu romansowym, jako celowej przykrywce dla działalności szpiegowskiej, czyli o tym, o czym teraz szczegółowo się rozpisuje w niepokornym tygodniku. I już wtedy wzbudziło to moje wątpliwości. Kukliński miał bowiem na skalę, że tak się wyrażę, przemysłową uwodzić i rozkochiwać w sobie dziewczęta ze Sztabu Generalnego i Ministerstwa Obrony Narodowej, żeby zdobywać informacje i pod płaszczykiem spotkań towarzyskich przekazywać je w umówionych punktach kontaktowych. Kto ciekaw szczegółów, niech sięgnie po artykuł. Mnie jednak zastanawiało i zastanawia nadal, jak to możliwe, że taki proceder uchodził Kuklińskiemu tyle lat na sucho. Te romanse miały uśpić czujność kontrwywiadu, ale nie chce mi się wierzyć, że na stanowiskach sekretarek w wyżej wymienionych instytucjach zasiadały panny i mężatki nie mające żadnych resortowych kontaktów służbowych. Których celem nie było zbieranie informacji o dziwnych zachowaniach oficerów służących w tych instytucjach. A zazdrość? Zwykła ludzka zazdrość, przez którą wpadł niejeden tajny agent romansujący sobie służbowo dla dobra sprawy? Czy któraś "rozkochana" przez pułkownika Kuklińskiego sekretarka, nie poczuła się nigdy zdradzona i odrzucona i nie miała ochoty w akcie zwykłej ludzkiej zemsty "wsypać" wiarołomnego kochanka? Czy pułkownik Kukliński to Kloss doskonały, któremu przez tyle lat nie powinęła się noga w szpiegowskiej działalności? A zdradzana żona. Czy nią nigdy nie interesował się kontrwywiad PRL? Czy komunistyczne służby były aż tak naiwne i ślepe?
Ktoś mi zarzuci, że kalam świętości. Nie! Nie odmawiam pułkownikowi Kuklińskiemu ani odwagi, ani patriotyzmu! Ale nie lekceważę też jego wrogów i ich inteligencji. Nie ufam też funkcjonariuszom Imperium Dobra, dla którego poświęcił swoje życie i swoją rodzinę "Jack Strong". A w szczególności nie ufam Zbigniewowi Brzezińskiemu, który z takim zaangażowaniem wspomina Kuklińskiego i wystawia mu laurki. W narracji o pułkowniku, jaka dominuje po tzw. "naszej stronie" widzę kilka luk. A ponieważ lubię się czepiać szczegółów, wiec się czepiam.
Łukasz Kołak

Czego wstydzi się Krzysztof Ziemiec?

(wtorek, 20 maja 2014 r.)
Nie potrafię zdefiniować swoich deficytów, więc nie wiem z czego to wynika, ale od kilku dni oglądam główne wydania Wiadomości. No cóż, jednych ciągnie do "Rozmów w toku", innych do "X Factora", a jeszcze innych do "Ukrytej prawdy". Mnie zaś do tego jawnego kłamstwa, bowiem programy informacyjne nie służą oczywiście ukazywaniu prawdy lecz dezinformowaniu widzów. I tak w sobotnim wydaniu tego flagowego programu Jedynki mogliśmy zobaczyć i usłyszeć premiera Tuska, rozmawiającego z Piotrem Kraśko pod Monte Cassino. Była bowiem rocznica tej bitwy i premier pojechał ją uczcić. Proszę mnie jednak nie pytać jaka była treść jego odpowiedzi na zadawane przez Kraśkę pytania, bowiem oglądając premiera na tle owego wzgórza, zastanawiałem się cały czas czy Donald Tusk pojechał tam złożyć hołd zdobywcom Monte Cassino czy może jednak jego obrońcom. I w związku z owym moim zamyśleniem, a niczego tak bardzo nie lubię robić, jak sobie porozmyślać w wolnej chwili, nie skupiłem uwagi na tej rozmowie. No dobrze, po wyzłośliwiałem się trochę, więc mogę przejść do sedna. Czyli kolejnej porcji złośliwości. W tym samym wydaniu Wiadomości, do studia zaproszono nowo wybranego Prymasa Polski, ks. abp. Wojciecha Polaka. I już sam fakt pojawienia się w studiu telewizyjnym  Jego Ekscelencji przepełnił mnie uczuciem rozczarowania. Jest bowiem Ks. Prymas nie tylko głową Kościoła Katolickiego w naszym kraju, ale także Interrexem. Maturzystom przypomnę, że Interrexem bywał w dawnych, dawnych czasach, jeszcze przed komuną, Prymas właśnie zawsze wtedy, gdy umierał król, a szlachta nie wybrała jeszcze nowego. A więc był głową państwa zanim złożył koronę na skroniach nowego pomazańca. Ponieważ od dłuższego już czasu mamy w Polsce bezkrólewie, albowiem kraj nasz stał się, niestety, republiką, każdy kolejny prymas jest również interrexem, choć może nie zdaje sobie z tego sprawy. Ponieważ ja, jak zdążyliście Państwo się przekonać, nie jestem demokratą, tylko monarchistą, ciągle żywię przekonanie, że już niedługo Prymas Polski namaści i koronuje nowego króla Polski. I być może będzie to właśnie JE ks. abp Wojciech Polak. Musimy być bowiem zawsze gotowi na najlepsze.  Jak mawiał Stanisław Anioł w "Alternatywach": "W kapitalizmie wszyscy przygotowani są ną najgorsze, u nas na najlepsze!". Więc ja spokojnie czekam na to najlepsze. A zatem, skoro na barkach nowego Księdza Prymasa spoczywa nie tylko los Kościoła, ale także los kraju, życzyłbym sobie, aby to nie Interrex latał po studiach telewizyjnych, tylko dziennikarze wystawali niecierpliwie pod prymasowską rezydencją w nadziei, że Jego Ekscelencja raczy łaskawie poświęcić im podczas audiencji ze trzy, może cztery, cenne minuty na rozmowę. Jeśli sami nie zaczniemy szanować własnych pasterzy, nie liczmy na to że zrobi to Ryszard Kalisz! Ale to nie koniec. Rozmowę z nowym Interrexem prowadził w studiu Wiadomości Krzysztof Ziemiec. Przypomnijmy, że Krzysztof Ziemiec to ten dziennikarz Jedynki, który oficjalnie nie nie wstydzi się Jezusa i nosi stosowny breloczek, z takim hasłem, zachęcając do tego innych. Cała ta akcja z tym brakiem wstydu za Jezusa jest niezwykle potrzebna, bo jak wiemy wszyscy wiara w Galilejczyka to obciach. Kim bowiem był syn cieśli z Nazaretu? Kimś kogo można śmiało nazwać, jak mówi pewna bliska mi osoba, frajer pompka. Dać się ukrzyżować bowiem to czyste frajerstwo niezależnie od czasów i okoliczności. No i ta akcja, w której dziarsko uczestniczy Krzysztof Ziemiec ma ocieplić wizerunek Jezusa i nadać mu nowy imidż, kogoś kto jest cool. A zatem Ziemiec nie wstydzi się Jezusa, ale prowadząc rozmowę z nowo wybranym Interrexem w studiu telewizyjnym, wstydzi się powitać go jakimś chrześcijańskim pozdrowieniem, ot choćby skrótowym "Szczęść Boże!". Wiemy, że czas w telewizji to pieniądz więc nie można go marnować na zbyt długie, zbędne sformułowania typu "Niech będzie pochwalony"... itd., a Ks. Prymas to nie Owsiak, żeby mu przeznaczać za dużo darmowego antenowego czasu, ale chociaż to skromne "Szczęść Boże"? No cóż, panu Ziemcowi nie przeszło to przez gardło. Nie wiem czy miał ze sobą podczas tej rozmowy ów breloczek czy nie, ale teraz to i tak nie ma już znaczenia. I oczywiście ktoś mógłby mi powiedzieć, że się czepiam, że dzień wcześniej red. Ziemiec przeprowadzał rozmowę z Januszem Palikotem i nie powitał go słowami "Ave Satan!" czy jakimiś innymi "Na chwałę płomieni!", tylko również standardowym "Dzień dobry", więc "o co ta mowa?". Mamy w końcu państwo świeckie i rozdział kościoła od państwa więc nie wstydźmy się "dzień dobry"! Jak już zaznaczyłem na wstępie mam jednak te swoje deficyty i jak widać są one spore. Więc wybaczcie Państwo, ale nieustannie będę się czepiał.
Łukasz Kołak







Jak to się robi w Londynie

(piątek, 09 maja 2014 r.)
Zwykliśmy uważać, że propaganda marksistowska wyrządziła nam po drugiej wojnie światowej ogromne szkody. Zostaliśmy poddani wówczas praniu mózgów, które pokutuje do dzisiaj. W jakimś stopniu jest to prawdą, a w jakimś nie jest. Myślenie kategoriami marksistowskimi nieobce było polskiej inteligencji przed wybuchem II wojny światowej, całe tabuny ówczesnych wykształciuchów szły wraz z postępem. Ale po 1945 r. klimat dla owej "ideologii", którą z całą mocą powinniśmy nazwać herezją, był o wiele bardziej sprzyjający. Musimy bowiem zauważyć, że marksizm to nie żadna ideologia, a już broń Boże nauka! A takie narracje nadal dominują w oficjalnym przekazie i ulegają mu nawet dziennikarze niepokorni, a może zwłaszcza oni. Marksizm to po prostu ściek, w którym skumulowały się wszystkie herezje trapiące chrześcijańskie społeczeństwa od początków średniowiecza. Zaczęło się od matki wszystkich herezji, czyli od zawołania, że Kościół ma być ubogi, potem dorzucano kolejne hasełka, a to o wspólnocie dóbr, a to o wspólnocie żon i tak doszliśmy do XIX wieku i Marksa z Engelsem pozujących na naukowców. W ich wyimaginowanych konstrukcjach nie ma nawet kropli naukowości, jest za to dużo ubranego w szaty naukowe szamaństwa. No i praktyczne porady dla odważnych, jak zdobyć i utrzymać władzę  absolutną nad masami. Jak po obaleniu Boga i zniszczeniu Kościoła stworzyć świeckie, totalitarne imperium, przy którym imperium brytyjskie to zabawa dla chłopców w krótkich spodenkach na trzepaku pod blokiem. Mylą się jednak Ci, którzy uważają, że postępowe inspiracje szły tylko ze  Wschodu. Stamtąd przyszły czołgi i bagnety, które miały dopomóc w przyjęciu się nowej wiary wśród tubylców żyjących między Bugiem a Odrą. Ale źródła herezji mocno biły na Zachodzie i zasilały owocnie ręce kierujące czołgami i trzymające karabiny z bagnetami. Można śmiało rzec, że technologia, owe know how, przyszło z Zachodu, a wykonawcy, ekipa remontowa ze Wschodu.
W 1951 r., a więc w apogeum tzw. stalinizmu, wydano w Polsce niewielką książeczkę angielskiego historyka Christophera Hilla zatytułowaną "Rewolucja angielska 1640 r.". Wydano ją w niewielkim nakładzie 7 tys. egzemplarzy, a pierwsze jej wydanie miało miejsce w Wielkiej Brytanii w 1940 r. w trzechsetną rocznicę omawianych w niej wydarzeń. Lektura owej książeczki jest niezwykle pouczająca, nie tylko dlatego, że napisano ją w ojczyźnie nowożytnego kapitalizmu, lecz właśnie ze względu na ten marksistowski żargon jakim posługuje się autor, aby powiedzieć wtajemniczonym to co jest ważne i zaciemnić obraz profanom. Marksizm bowiem, jak każda herezja, kodował i koduje nadal w  ten sposób swój przekaz. Wtajemniczeni, mówiąc i pisząc w ten sposób, mrugają do siebie oczami, a profanom wystarczy, że nauczą się tego bełkotu na pamięć i będą go powtarzać w towarzystwie oraz, co najważniejsze, przed komisjami, w których zasiadają wtajemniczeni. Tak to mniej więcej się kręci do dzisiaj.
Już sam wstęp wyjaśnia nam wiele. Autor, przekonuje nas, że jego szkic dać ma "inne oświetlenie zdarzeń z XVII wieku, niż to które nam dotychczas wpajano w szkole". Oto bowiem rewolucja angielska, zwana później "chwalebną" (choć powinniśmy używać sformułowania rewolucja w Anglii), miała być wg niego wielkim ruchem społecznym. Jak wiemy marksiści nie mogą obyć się bez mas, jako czynnika sprawczego wszelkich ruchawek. Te ludzkie masy niezadowolonych, mają zasłonić masy pieniędzy, jakie na rozruch rewolucji przeznaczają Ci, którzy w rewolucjach wszelakich mają swój interes. Ale te wątki oczywiście się pomija. Sternicy pozostają w ukryciu, ną scenie widzimy masy, jak w telewizji. A zatem masy owe wystąpiły przeciwko reakcyjnym siłom oficjalnego kościoła i feudalnych  obszarników. Siły te broniły despotyzmu króla Karola I, wiemy bowiem, że nie ma większej zbrodni dla marksistów jak despotyzm królewski, prawdziwy lub wyimaginowany. Na czele buntu przeciwko despotyzmowi króla i reakcyjnym siłom stanął parlament, który ostatecznie zwyciężył, bowiem "umiał pozyskać sobie entuzjastyczne poparcie kupców i rzemieślników w mieście i na wsi [...] szczególnie ludzi skupionych po cechach w tych hrabstwach, które były ośrodkami tkactwa i podobnych rękodzieł". Zapamiętajmy tych tkaczy, to ważna wskazówka na później, kiedy szukać będziemy budżetu na rozruch owej rewolucji.
Głównym wrogiem dla zbuntowanych mas był system feudalny, a więc system wielkiej własności ziemskiej, produkującej żywność. W Anglii pierwszy skuteczny zamach ną tę własność miał miejsce za panowania Henryka VIII. To zapoczątkowało budowę imperium, które rozrastało się podczas rządów Elżbiety I - Królowej Dziewicy. Jak zauważa Hill, parlament angielski popierał tych władców w ich "zwycięskiej walce z międzynarodowym kościołem katolickim[...] z Anglii nie płynęły już do Rzymu pieniądze, a polityka angielska nie służyła już interesom obcego mocarstwa". Teraz była to już polityka imperialna służąca interesom tych, którzy zainstalowali Elżbietę I na angielskim tronie, i którym nie przeszkadzał despotyczny charakter jej rządów. Panowanie królów z dynastii Stuartów, z której wywodził się ów znienawidzony despota Karol I, odpowiadało interesom owej znienawidzonej kliki feudałów, na czele z feudałami kościelnymi, przeciwko którym w słusznym gniewie wystąpiła klasa średnia. "Jeśli kapitalizm - pisze autor, miał się dalej rozwijać, należało położyć kres dławiącemu pasożytnictwu przez rozbicie ustroju feralnego ". Taka konieczność dziejowa.
Kościół bronił istniejącego porządku. Bronił go między innymi dlatego, że od czasów królowej Elżbiety stał się oficjalną  instytucją państwową. Jak wiemy nie służył już, podobnie jak monarchia "obcemu mocarstwu" z siedzibą w Rzymie, tylko interesom rodzimym. Królowa czuwała, aby kościelni kaznodzieje "śpiewali jak im zagra", w tym celu rozesłała oficjalną księgę kazań do wszystkich parafii, chcąc mieć pewność, że będzie się tam głosić co należy. Dlatego, jak zauważa Hill, "kto chciał obalić państwo feudalne, musiał zaatakować i opanować kościół". Wszelkie teorie polityczne ubierano w szaty dysput religijnych. Dopiero Cromwell, jak z dumą zauważa angielski historyk, odniósł zwycięstwo nad tym klerykalno - federalnym reżimem. "Używając katedr na stajnie dla koni najkarniejszej  i najdemokratyczniejszej kawalerii, jaką kiedykolwiek widziano, odniósł zwycięstwo, które raz ną zawsze uwolniło ludzi od chłosty i piętnowania za nieprawowierne poglądy ną komunię świętą".
Łukasz Kołak
Nie straszę, ale...CDN