Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:12
W miesiącu:1079
Liczba odwiedzin:81221

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Święto prowokacji, czyli długie ramię Londynu

(sobota, 3 maja 2014 r.)
Świętujemy kolejną rocznicę uchwalenia konstytucji 3 maja. Zanim jednak napawać będziemy się dumą z tej okazji, media przypominają nam skąd wyrastają nam nogi. I inne części ciała. A te wyrastają nam oczywiście z unii europejskiej gdyby ktoś zapomniał. Gdyby nie dobrodziejstwa płynące z akcesu do tej organizacji nie mielibyśmy lotnisk, dworców, placów zabaw, ścieżek rowerowych, odnowionego klasztoru w Tyńcu, mobilnych kont, "Ukrytej prawdy" w telewizji i wielu, wielu innych rzeczy. Jedyne czym możemy się poszczycić przed światem, a co nie jest darowane przez unię to chyba tylko resortowe dzieci i Lech Wałęsa z resortem współpracujący. Chociaż ja osobiście wolałbym wstawić w to miejsce zamiast Wałęsy redaktora Tomasza Wołka (Zbożowego). To nasz autorski wkład, którego mogą nam zazdrościć i o licencje prosić. Reszta to dar, za który nieustannie powinniśmy dziękować, a nie tylko z okazji rocznicy wejścia do unii.
Po takiej podgatowce w mediach, ukazującej nam właściwe proporcje, możemy bez kompleksów świętować rocznicę uchwalenia tejże sławetnej konstytucji. Bo cała nasza historia, jaką nam przedstawiają, to pasmo klęsk, niepowodzeń, utraconych szans i ogólnej poruty. Kłótliwa szlachta, ciemiężąca chłopów, zgnuśniały kler łasy na pieniądze, bród, smród i ubóstwo. I dopiero w okolicach XVIII wieku pojawia się garstka światłych reformatorów, którzy widząc i przeczuwając (lub na odwrót) nadchodzącą zagładę, zdobywają się na nieludzki wysiłek i przygotowują ową konstytucję, która ma uratować nasz kraj. Pomimo ich starań, przez zacofaną szlachtę, która owych światłych pomysłów nie rozumie i nie akceptuje, sprawa się nie udaje i państwo nasze pada. Oczywiście tragedii nie ma, albowiem dzieło reformowania biorą wtedy na swoje barki postępowi zaborcy i kraj nasz rozwija się pod ich oświeconymi rządami. Ale żal jest, że to nie my sami wprowadzamy postęp, tylko dajemy pola obcym. No i taką narrację się nam serwuje od lat, a my musimy ją konsumować, aby tym mocniej radować się tą unią, która w końcu rekompensuje nam wszystkie niepowodzenia, które nas, z własnej winy, dotknęły.
Konstytucja 3 maja zatem ma być czymś w rodzaju biletu wstępu na salony demokratycznego świata. Dzięki temu wydarzeniu dorośliśmy do demokracji i możemy śmiało rozmawiać z wielkimi. Nie jesteśmy gęśmi i mówimy cywilizowanym językiem. I nie ważne, że konstytucja owa wprowadzona była metodą, którą w literaturze fachowej nazywa się zamachem stanu. Że ani odrobiny demokracji przy jej wprowadzaniu nie było, ani kropelki demokratycznego eliksiru. Tylko, jak zwykle, twarda walka buldogów pod dywanem, z której każdy chciał urwać jak najwięcej mięsa dla siebie. Nie ważne, że całe to gadanie o demokracji to tylko fasada, mydlenie oczu. Mamy wierzyć w tę demokrację i koniec. Tę dobrą, oświeconą demokrację konstytucyjną, bowiem ta dawna, szlachecka, ma nam kojarzyć się tylko z warcholstwem.
Demokracja szlachecka w dawnej Polsce, jeszcze zanim postanowili ją reformować postępowcy od Hugona Kołłątaja, nie była czymś złym, wręcz przeciwnie. To dzięki niej udawało się szlachcie trzymać w karbach królów, którzy traktowali tron w Rzeczpospolitej jako jakąś trampolinę do kręcenia własnych lodów. Ot taki np. Zygmunt III Waza, ledwo został królem, a już kombinował, jak tu przehandlować Polskę i oddać ją Moskwie i Habsburgom w zamian za koronę Szwecji. Z drugiej strony, gdy pojawił się król znakomity, który wiedział o co toczy się gra  w tej części świata, szlachta potrafiła go wesprzeć materialnie i bojowo, aby mógł śmiało realizować swoje interesy na przekór różnym gangom. Mam tu na myśli Stefana Batorego i jego trzy kampanie wojenne na Wschodzie.
No właśnie, o co toczyła się tu gra? W naszej części świata? Która nie była, jak chcą tego telewizyjni narratorzy peryferią wydobywającą się z barbarzyństwa, w której ludzie mieszkali w chałupach razem z niedźwiedziami. Odwrotnie, to tu było centrum świata, centrum biznesu, zasobów surowcowych i kapitałowych, spichlerz Europy. A peryferią był Londyn. To stamtąd przybywali emigranci tutaj, żeby robić interesy, albo załapać się chociaż na robotę przy rąbaniu i  soleniu wołowiny, eksportowanej na Zachód. Tak to wyglądało i jak to w życiu bywa, nie podobało się to komuś tam na tym Zachodzie. Trzeba było zrobić wszystko, aby odwrócić wektory. Centrum przenieść na peryferię, a zadupie uczynić stolicą. Długo trwały te starania, ale w końcu się udały. W Londynie City się rozrosło, a u nas opactwo Benedyktynów w Tyńcu porastało mchem. I gdyby nie ta unia i jej fundusze...
Konstytucja 3 maja, ze względu na sposób jej uchwalenia, osoby które ją spisywały i konsekwencje jakie przyniosła nie nadaje się do świętowania. Ani trochę. Chyba, że nadal chcemy świętować rocznice obcych prowokacji, które doprowadziły nasze państwo, będące niegdyś potęgą gospodarczą do ruiny. A w tym wypadku prowokacji pruskiej, za którą  stało długie ramię... nie, nie Moskwy, moi drodzy, wychowani na Cenckiewiczu. Długie ramię Londynu. Anglia, państwo które stworzyło imperium drogą rabunku, najpierw Kościoła, potem swoich poddanych, a potem reszty, wspierało od początku państwo pruskie, pierwsze luterańskie państwo w Europie. Państwo wychodowane przez Zygmunta I Starego, przy aplauzie jego dworaków zapatrzonych w reformację, jak Kazimiera Szczuka w gender. Prusy były tu narzędziem polityki londyńskiego City, do rozbicia Rzeczpospolitej. A Moskwa tylko podwykonawcą, choć sowicie opłaconym.
Kiedy już dramat się dopełniał i wojna w obronie nieszczęsnej konstytucji kończyła się klęską, zadaną z rąk rosyjskich, jedna z angielskich gazet "The Public Advertiser" opublikowała 27 sierpnia 1792 r. następujący wierszyk:
"Do Polaków
Walczcie dzielnie, wasze progi od rosyjskiej wybawcie pożogi
Każdy despota  rychło  bać się was będzie
Każdy wolny człowiek podziwiać was będzie
A jeśli śmierć was nie ominie
Sława nieśmiertelnymi was uczyni!"
Wiersz ten przytacza Zofia Libiszowska w swej pracy o reformach sejmu czteroletniego. Ciekawy wierszyk prawda? Wiemy przecież, że to my jesteśmy ojcami romantycznego sposobu uprawiania polityki, polegającego na tym aby dać się zabić w słusznej sprawie. Spłonąć na barykadzie za wolność naszą i ichnią. A tu proszę, dżentelmeni z Anglii popierają naszą beznadziejną sprawę i zachęcają do całopalnej  ofiary. I tak już im zostało. Zachęcali nas niejednokrotnie do takich poświęceń, ostatnio bodajże w 1939 r. Teraz już nie muszą publikować podobnych wierszyków. Wystarczą rezolucje, jak chociażby ta  niedawna Izby Lordów, żądająca od nas zwrotu majątku ofiar holokaustu. Bo bohaterstwo, bohaterstwem, ale ktoś musi to sfinansować.
Łukasz Kołak

Żebrak i zakonnik. Dwaj wrogowie postępu

(wtorek, 29 kwietnia 2014 r.)
W mrocznych czasach średniowiecza to, co nazywamy dziś  systemem opieki społecznej spoczywało na barkach Kościoła. Trudno nam to sobie wyobrazić, bowiem naszą wyobraźnią zawładnęły klisze wytworzone przez literaturę i film, w których Kościół jest siedliskiem zła, ze szczególnym uwzględnieniem klasztorów, w których dzieje się wszystko - od pijaństwa po wyrafinowane zboczenia seksualne, tylko nie pomaga się potrzebującym. Nie wierzycie? Obejrzyjcie "Imię róży", jeśli dotąd tego nie zrobiliście. W sukurs tym literacko - filmowym kliszom z lat dawnych idą nowe, pojawiające się ni stąd ni zowąd, doniesienia i dziennikarskie śledztwa ujawniające co i rusz jakiś skandal w kościele, ze szczególnym uwzględnieniem zakonów. Ostatnimi czasy zauważyłem, że częściej atakowani są nie zakonnicy płci męskiej, ale siostry zakonne. Nie wiem do końca z czego może wynikać taki trend. Może z tego, że żeńskich powołań jest coraz mniej i komuś zależy na tym, aby nie było ich wcale? Mamy w każdym razie ostatnio ujawnioną aferę, w której dwie siostry zdaje się zostały nawet skazane za przymykanie oczu na wykorzystywanie seksualne wychowanków prowadzonego przez nich sierocińca. W sprawie tej jest wiele znaków zapytania, ale nie martwią one naszych zaangażowanych dziennikarzy śledczych, którzy w swoich śledztwach bywają nadzwyczaj dzielni, bardziej niż Rumcajs. Zajmują się na przykład sprawą zamachu smoleńskiego, mimo, że jeszcze w okolicach Smoleńska dotąd nie byli osobiście. Zupełnie jak w przypadku zamachu na generała Sikorskiego, wielu o tym pisało, ale nikt płyty lotniska w Gibraltarze na oczy nie widział, o czym mówi często znawca tego tematu, Dariusz Baliszewski. I tak w przypadku ostatniej sprawy naszych dzielnych śledczych nie interesuje, jak to możliwe, że najmłodszych wychowanków owego sierocińca wykorzystywali ich starsi koledzy, z których najstarszy miał 34 lata. Czy w polskich sierocińcach przebywają 34 - letni wychowankowie? Mam nadzieję, że ktoś z dziennikarzy ustali kim byli ci ludzie, co tam naprawdę robili i kto wrobił w całą tę mroczna aferę owe dwie siostry. Bo jaki był cel to chyba wiemy. Walenie  w Kościół - czyli odwieczne siedlisko zła.
Skoro piszemy o systemie opieki społecznej, którą kiedyś prowadziła wyłącznie organizacja sterowana przez agentów Watykanu, trzeba poruszyć kwestię, jak wyglądało to tam, gdzie zwyciężył postęp i modernizacja, czyli rewolucja protestancka. Oddajmy tu głos profesorowi Januszowi Tazbirowi, specjaliście od tego tematu, aby nikt nie zarzucił mi, że coś zmyślam, albo szydzę. W biografii poświęconej postaci ks. Piotra Skargi, pisze on: "Zwycięstwo reformacji oznaczało na ogół likwidację kościelnej opieki nad biednymi oraz początek walki z żebractwem. Protestanci krytykowali ostro średniowieczną doktrynę charytatywną; dawanie jałmużny nie było w ich oczach otwieraniem sobie drogi do nieba, lecz szkodliwą tolerancją dla pasożytnictwa społecznego. Marcin Luter domagał się likwidacji żebractwa: zdrowi powinni pracować, chorymi czy starymi musi zająć się miasto, przejmując w ten sposób dawne funkcję kościoła. Kalwin, który nie uważał wcale ubóstwa za cnotę, potępiał surowo dawanie jałmużny, niezależnie od tego czy mieli ją otrzymywać ludzie rzeczywiście zasługujący na wsparcie, czy też próżniacy, uciekający od zajęcia".
Nie myślmy jednak, że wypadliśmy sroce spod ogona. U nas też zwolennicy modernizacji i walki z zabobonem nie próżnowali. Jak to pisał jeden z mistrzów polskiego humanizmu, zwolennik postępu, Mikołaj Rej, my nie gęsi i swój język mamy. Podobne koncepcje rozwijał na naszym gruncie Andrzej Frycz Modrzewski, głoszący kalwiński postulat przymusu pracy, żądanie ścisłej kontroli nad ubogimi i wyrażający głęboką nieufność wobec żebraków. Według niego niezdolnych do pracy należało zamknąć w przytułkach, oczywiście świeckich, albowiem kościół celowo utwierdzał tych żebraków w przekonaniu, że mają zebrać, więc należało ukrócić ten proceder. Mamy zatem listę wrogów postępu do likwidacji w pierwszym rzędzie, to żebracy i zakonnicy. By żyło się lepiej.
Czy coś nam to wszystko przypomina? Takie hasło... zaraz, zaraz jak to szło?... Pamiętacie?... Arbeit macht frei?...
Łukasz Kołak

Dlaczego umarł książę szubrawców?

(czwartek, 24 kwietnia 2014 r.)
Znamy to określenie: szubrawiec. To człowiek nikczemny, łotr, bandyta, typ spod ciemnej gwiazdy jednym słowem. Takim mianem, szubrawcy, określano szlachtę mazowiecką, zamieszkująca okolice Mławy, Janowa, Ciechanowa i wreszcie Rawy, od której nazwy ukuto to określenie. Sub Rava viventes - żyjący pod Rawą. Mieli oni bowiem trudnić się zbójectwem, dorabiając sobie w ten sposób. Szczególnie mazowieccy szubrawcy upodobali sobie napady na konwoje wiozące pieniądze skarbowe do Rawy właśnie. Ale nie tylko z powodu owych zbójów mieszkańcy tej dzielnicy stanowili w Rzeczpospolitej wieku XVI -XVII obiekt złośliwych drwin. Wytykano im warcholstwo, kłótliwość, skłonność do bójki, a z drugiej strony nadmierne ambicje polityczne i społeczne, okazywane pomimo cechującego ich, jak twierdzili złośliwi z Krakowa lub Wilna, niskiego poziomu umysłowego i gospodarczego zacofania. Jednym słowem banda krzykliwych, biednych i głupich opojów z wybujałymi ambicjami. Czy coś nam ten opis przypomina?
Jest też inny obraz Mazowsza, jaki kreślą obcokrajowcy. Lubimy powoływać się na zachodnie opinie, więc przywołajmy tę anegdotę. Kiedy w XVII wieku grupa przybyszów z dalekiej Polski dotarła pod bramy jednego z hiszpańskich  klasztorów i poprosiła o nocleg, zakonnicy odmówili. Nazwa kraju, z którego przybyła ta  gromada nic im nie mówiła i wietrzyli jakiś podstęp. Dopiero gdy strudzeni wędrowcy oświadczyli, że są z Mazowsza, otworzono im bramy klasztoru i ugoszczono jak należy. Nazwa dzielnicy, z której przybyli podróżnicy okazała się magicznym zaklęciem otwierającym zatarasowane wrota, owym swoistym "sezamie otwórz się". Mazowsze bowiem sławne  było w całym katolickim świecie jako ziemia wolna od herezji. Prowincja wierna Kościołowi. Tak oto grono szubrawców powitane zostało z otwartymi ramionami przez hiszpańskich mnichów.
Czy już domyślamy się skąd takie negatywne nastawienie do Mazowsza i jego mieszkańców, zwanych wówczas Mazurami? Skąd taki zły pijar tworzony w Krakowie i Wilnie, dwóch stolicach Rzeczpospolitej? Stolicach, których elity sprzyjały tzw. nowinkarstwu, czyli naukom Lutra i innych ojców reformacji. Tymczasem to Mazowsze jest dzielnicą, w której reformacja ponosi klęskę najszybciej, nie ma bowiem tu dobrego podglebia dla "postępu". Brakowało tu olbrzymich latyfundiów magnackich, więc rewolucja protestancka nie miała oparcia w żadnym z możnych rodów. Nie było zatem funduszy na rozruch akcji agitacyjnej. Duży procent gruntów należał za to do kościoła, a lokalne duchowieństwo, jak to ujmuje w literaturze przedmiotu prof. Janusz Tazbir, "uzależniło od siebie gospodarczo" liczną w tej dzielnicy szlachtę gołotę. No i co równie ważne, ów wyszydzany niski poziom umysłowy tamtejszej szlachty to nic innego jak przywiązanie do tradycji i niechęć do czytania mądrych druków rozprowadzanych przez agitatorów. Nie bez znaczenia był także regalizm  Mazurów, poczucie lojalności wobec rządzących władców. A oni, rządzący Mazowszem książęta piastowscy, luteranizmu, delikatnie mówiąc nie lubią i są w tym konsekwentni, w przeciwieństwie do króla Zygmunta, który oficjalnie też sympatią go nie darzy, ale po cichu wspiera, utwierdzany w tym przez swoje dworskie otoczenie, szykujące się do "skoku na kasę". Nuncjusz papieski Juliusz Ruggieri pisał w 1568 r. o Mazowszu, że "było nie mniej katolickie niż Włochy".
15 marca 1525 r. na sejmie mazowieckim w Warszawie, książę Janusz III wydał dekret przeciwko nowinkarzom religijnym, noszący pełną nazwę: "Postanowienie o zwalczaniu sekty luteran", zabraniający pod karą śmierci czytania ksiąg i głoszenia nauki Marcina Lutra. Dzieje się to w czasie gdy czynione są zakulisowe działania, zmierzające do utworzenia w dawnym państwie zakonnym w Prusach, świeckiego księstwa, według przepisów tegoż właśnie reformatora. I w działaniach tych jedną z głównych ról gra dwór Zygmunta I, a on sam staje się opiekunem nowego państwa - pierwszego protestanckiego państwa w Europie, oraz opiekunem nowej dynastii Hohenzollernów. Stosowny traktat zawarli obaj władcy, król Zygmunt oraz Albrecht Hohenzollern,  8 kwietnia 1525 r., a więc niecały miesiąc po antyluterańskim dekrecie ks. Janusza, który przeczuwając co się święci, postanowił ostro przeciwdziałać w swojej dzielnicy agitacji rewolucyjnej.
Ponieważ historia lubi się powtarzać, spróbujmy znaleźć analogię do faktu wzięcia przez polskiego króla w opiekę pierwszego protestanckiego, czyli właśnie rewolucyjnego jak na owe czasy państwa. Państwa, którego istotę stanowił rabunek dóbr kościelnych na rzecz księcia, który od tej pory będzie jedynym reprezentantem boskiego majestatu, uzurpując sobie władze duchową nad podanymi. Czy taka analogia zachodzi? Tak, i to z całą mocą straszliwych konsekwencji. Taką właśnie opieką ze strony możnych rodów bankierskich oraz niemieckich feldmarszałków otoczony został w pewnym momencie swego życia Włodzimierz Lenin wraz ze sporą grupą  towarzyszy. Te obfite sumy i wygodna salonka w pociągu pozwoliły im przejąć władzę w innym kraju, który stał się potem pierwszym na świecie państwem socjalistycznym. Przewyższał szesnastowieczne Prusy tym, że niektórzy upatrywali w nim nie tylko przodującego we wszystkich dziedzinach życia kraju, ale wręcz raju na ziemi. A Lenin i spółka, sami otoczeni dyskretnie opieką Zachodu, zaczęli sprawować własną, równie dyskretną opiekę nad komunistami na Zachodzie, udzielając im szczegółowych instrukcji w sprawie rozkręcania  rewolucji we własnych krajach. Zupełnie jak książę Albrecht Hohenzollern, który gdy tylko złożył już hołd lenny królowi Zygmuntowi na rynku w Krakowie, roztoczył opiekę, jak to ujmują lapidarnie badacze reformacji, nad wyznawcami doktryny Lutra w Polsce. Czyli słał im pieniądze, instrukcje, a niedługo założył im nawet uniwersytet w Królewcu, dla kształcenia kadr przyszłej rewolucji.
Rewolucja protestancka jednak w pełni się w Polsce nie przyjęła mimo tylu starań tak wielu środowisk. A najmocniej opierało się Mazowsze, którego sława dotarła z tego powodu pod klasztorne strzechy dalekiej Hiszpanii. Sam książę Janusz III jak to zwykle w takich sprawach bywa, zmarł w nocy z 9 na 10 marca 1526 r., rok po ogłoszeniu ostrego dekretu przeciwko luteranom. Nie muszę chyba dodawać, że zmarł w okolicznościach potocznie zwanych niejasnymi, mając zaledwie 24 lata. W podobnych okolicznościach zszedł z tego świata dwa lata wcześniej jego brat Stanisław. Na Januszu wygasła zatem rodzima dynastia Piastów, sprawująca władzę na Mazowszu, a łapę na tej dzielnicy położyli Jagiellonowie i postępowy dwór krakowski. Ponieważ oskarżenia o zatrucie obydwu książąt nie ustawały, król Zygmunt I Stary powołał specjalną komisję dla zbadania owych budzących niezdrowe fascynacje zgonów. Komisją ową kierować musiał jakiś przodek Jerzego Millera, albowiem po zakończeniu jej prac król wydał oficjalny edykt zamykający sprawę. Stwierdzał on, że ostatni Piastowie "nie sztuką, ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Wszechmogącego z tego świata zeszli"...
Był to jednak czas gdy rodziła się przyszła gwiazda innego pogromcy rewolucji, szubrawcy rodem z Mazowsza. Piotra Skargi, późniejszego jezuity. Ale o tej gwieździe innym razem...
Łukasz Kołak

Woda powinna być źródlana a historia prawdziwa

(środa, 23 kwietnia 2014 r.)
Kiedy ktoś, ot choćby historyk, opowiada jakąś historię, szczególnie historię tzw. kontrowersyjną, burzącą utarte schematy myślenia, obalającą mity i przekłamania funkcjonujące w powszechnym obiegu, wywracającą na nice fałszywe klisze, proszony jest, albo wręcz żąda się od niego, aby podał źródła, które uprawniają go do takich opinii. Najlepiej z podaniem sygnatury. Inaczej nikt nie chce uwierzyć. Czasem bywa zupełnie odwrotnie. Historyk podaje źródła i sygnatury, pokazuje zdjęcia i ujawnia nagrania świadków. Wtedy odbiorca przygnieciony powagą sytuacji, widząc, że za nim już tylko ściana, zaczyna znowu marudzić. Eee tam, powiada, te dokumenty to pewnie fałszywki, w dodatku kilkakrotnie kserowane, zdjęcia to zwykły fotomontaż, a świadkowie to zapewne znudzeni frustraci, pałający żądzą zemsty alkoholicy lub psychole (od Rydzyka). Nie wierzycie? Spytajcie Sławomira Cenckiewicza.
Wróćmy jednak do sytuacji pierwszej. Historyk stawia hipotezy, ale nie ma twardych dowodów na ich udowodnienie tylko poszlaki. Piszę o tym dlatego, że fetysz posiadania źródeł do opowiadanej historii dotyka także czasem tak zacne i zorientowane osoby jak redaktor Henryk Piec, który namawia mnie ostatnio do prowadzenia portalu o roboczej nazwie "historia prawdziwa" czy jakoś podobnie. I ja przed redagowaniem takiego portalu się opieram, a już stanowczo sprzeciwiam się takiej nazwie. Oczywiście redaktor Piec mógłby tu wyskoczyć i powiedzieć, że ja zasadniczo się opieram i sprzeciwiam i w ogóle jestem trudny we współpracy, więc nic nowego pod słońcem. Sprawa jednakże jest poważna i ma znaczenie fundamentalne. Weźmy tę nazwę. Pisanie czegokolwiek pod takim szyldem sytuuje autora w gronie jedynych depozytariuszy prawdy, do których zaliczam wyłącznie świętych Kościoła Rzymskiego, lub reżyserów modnych ostatnio filmików parafabularnych, emitowanych, jak to mówił mistrz Wajda, w "zaprzyjaźnionej stacji i tej drugiej", których bohaterowie przeżywają jakieś wstrząsające historie, kończące się zwykle hapyendem. Jakiemuś człowiekowi urwie nogę z kawałkiem miednicy, ale specjaliści z Chin wstawią mu taką protezę, że na olimpiadzie zdobędzie srebrny medal. Albo jeszcze inny ktoś ma tak olbrzymie długi, że nawet kredyty chwilówki nie wystarczają i już bierze linkę i idzie do lasu, szukając stosownej gałęzi, gdy nagle żona przybiega z informacją o wygranej w totolotku. Tak więc spłaca wszystkie długi, łącznie z tymi zaciągniętymi u mafii od chwilówek i jeszcze wystarcza mu na otworzenie budki z kebabem na dworcu. A nam przecież nie o to chodzi, nie dlatego, że mamy do opowiedzenia tylko lukrowane historyjki, jakieś tanie, sanacyjne romansidła lub równie wstrząsające opowieści, jak te z telewizji, ale kończące się jeszcze dodatkowo trzęsieniem ziemi i wybuchem supernowej. Tylko dlatego, że my opowiadając naszą historię, najczęściej nie mamy twardych dowodów. I każdy profesor uniwersytecki z wyższości swej katedry może tę naszą narrację zakwestionować, powołując się na wybitnych metodologów historii jak np. prof. Topolski, którego wielką cegłą, o takiej właśnie nazwie "metodologia historii", katowało się studentów za moich czasów. Nie możemy zatem wchodzić na tak uklepany grunt. Nie możemy dać się wciągnąć w walkę na zasadach opracowanych przez przeciwnika. Bo w ten sposób nie wygramy. Ale też nie o takie zwycięstwo nam chodzi. Cóż z tego, że Sławomir Cenckiewicz ujawnił ponurą prawdę o Wałęsie. Ludzie obejrzeli film Wajdy i kwity z IPN u ich nie obchodzą. Jednakże pozostanie całkiem spora liczba tych, którzy nawet nie przeczytawszy książki Cenckiewicza, ale pamiętający działania Wałęsy jako lidera związku, a później prezydenta, nie będą mieli złudzeń, co do jego ponurej  roli w historii najnowszej. I oni zgodziliby się z narracją profesora Cenckiewicza, nawet gdyby nie ujawniał dowodów, tylko napisał sobie amatorską książeczkę, na podstawie własnych refleksji i ogólnie dostępnych informacji. I to też byłaby książka prawdziwa i ważna, choć nie mogłaby zostać opublikowana pod szyldem, jaki proponuje redaktor Henryk Piec dla naszej inicjatywy.
Żyjemy w rzeczywistości, w której samo wejście do archiwum wymaga nie lada przygotowań i stresów, przy których występy w "mam talent"," x factor" czy "rozmowach w toku" to mały pikuś. Żeby wejść do archiwum trzeba wstąpić do tajnego zakonu, przejść specjalne przeszkolenie w szkole przetrwania na tajemniczej, bezludnej wyspie pod okiem instruktora - mistrza, przebranego za afrykańskiego szamana, a na koniec, nocą, przy pełni księżyca z zamkniętymi oczami, wypowiedzieć magiczne zaklęcie w obcym języku, wspak.  I nie myślcie, że coś zmyślam, albo jak zwykle szydzę. Tak właśnie jest. Mnie osobiście co prawda udało się wejść kiedyś do archiwum w Gdańsku, a to za sprawą mojego kolegi, który pisząc pracę magisterską o Cyganach, musiał z archiwum skorzystać i takie właśnie przeszkolenie przeszedł. Ponieważ nie chciał wejść tam sam, dopisał naprędce moje nazwisko na swoim kwicie, który mu wystawił jego instruktor. Musiał to jednak zrobić nieudolnie, bo pani archiwistka przyglądała mi się cały czas nieufnie, wyczuwając  intuicyjnie, że jestem intruzem, który wtargnął w ten święty przybytek podstępem i go kala. Jakoś jednak udało mi się pozostać tam do końca i miałem wtedy jedyną możliwość obejrzenia prawdziwych archiwaliów dotyczących ludności cygańskiej w Gdańsku. Ponieważ były to w większości wycinki z gazet trójmiejskich, poprzyklejane na jakimś kolorowym bloku technicznym, straciłem zainteresowanie, aby samemu odbyć stosowne przeszkolenie uprawniające do wejścia do archiwum. Poprzestałem na zwykłych bibliotekach, gdzie jeszcze można wejść tylko za okazaniem dowodu. Tam przynajmniej dają do poczytania stare gazety w całości.
Można jeszcze zastosować wariant docenta Kosseckiego. To były współpracownik Stanisława Tymińskiego, wiceszef słynnej partii X, za komuny współzałożyciel tajnej Ligi Narodowo - Demokratycznej, a  tak w ogóle propagator tajemniczej dziedziny wiedzy zwanej socjocybernetyką. Opublikował  wiele książek i artykułów i ja niektóre te książki czytałem, niektórych jeszcze nie dałem rady i może kiedyś coś tam o nich napiszę. Docenta Kosseckiego można sobie posłuchać na jutubie jak opowiada tam różne historie według swojej narracji, ale najważniejsza dla naszych rozważań kwestia, to źródła. Kossecki także szczególnie admiruje historię opartą na źródłach, szczególnie tych wytworzonych przez siebie. Wyciąga zatem jakieś gazetki, które redagował w latach 60. i publicznie stawia pytanie czy IPN posiada ich egzemplarze czy nie. A jeśli nie, to czemu ośmiela się opisywać  historię PRL u, będąc pozbawionym tak cennych źródeł, jak owe broszurki pana Kosseckiego.
Miałem pisać znów o Batorym, a wyszedł mi tekścik o metodologii. No nic, wracam do tego co ważne, a Państwa proszę o wyrozumiałość. Brak dowodów i źródeł nie stanowi przeszkody w pisaniu i opowiadaniu historii. Naprawdę. Ci, którzy ją dla nas pisali przez ostatnie 200 lat, a których celem było manipulowanie nami lub po prostu okłamanie nas, pozostawili nam wiele wskazówek i znaków, aby do tej ukrytej prawdy dopłynąć. I to takich wskazówek, przy których kod da Vinci blednie. A zatem: sursum corda i do przodu!!!
Łukasz Kołak