Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:12
W miesiącu:1079
Liczba odwiedzin:81221

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Wół a sprawa polska

(wtorek, 22 kwietnia 2014 r.)
Każdy zna to pogardliwie powiedzenie "słoń a sprawa polska", które ma ośmieszać nas Polaków, dopatrujących się wszędzie w otaczającej nas rzeczywistości wpływu na sytuację narodową. Wykorzystał to powiedzenie Stefan Żeromski bodajże w "Przedwiośniu" i nie pozostało nam już nic więcej jak tylko rechotać z takiego podejścia, jeśli chcemy uchodzić w towarzystwie za ludzi rozumnych, a nie oszołomów. Ponieważ jednak uporczywe szukanie akceptacji w towarzystwie, które potrafi tylko szydzić ze spraw ważnych, a roztrząsać kwestie drugo i trzeciorzędne i zachwycać się jawnymi głupotami, nie jest właściwą postawą, jeśli chce się zrozumieć naprawdę otaczającą nas rzeczywistość, wstrzymajmy na razie rechot.  Spójrzmy  na sprawę inaczej niż chcą tego prześmiewcy, a w miejsce owego słonia, wstawmy inne zwierzę, bardziej nam bliskie, choć dzisiaj może również oglądane tylko w zoo. Tym stworzeniem bożym jest wół. A więc: "wół a sprawa polska". Na początek nieźle...
W 1936 r. Jędrzej Giertych (dziadek Romana, ale proszę się tym nie sugerować, to nie ma związku ze sprawą) wydał książkę pt. "Tragizm losów Polski". Jest to rzecz ukazująca czytelnikowi negatywny, delikatnie mówiąc, wpływ Żydów na losy Polski, na przestrzeni wieków. Od samego początku, jak chciał Giertych, ci Żydzi nic tylko spiskowali i knuli, żeby doprowadzić nasz kraj do upadku, co w końcu udało im się osiągnąć. A Polacy nic tylko dawali się im wodzić za nos i dopiero autor "Tragizmu" zebrał się żeby im to pokazać. Ja tu trochę szydzę, książka naprawdę pod wieloma względami jest ciekawa, ale Giertych maksymalnie upraszcza rzeczywistość i idzie na skróty. Dlatego książkę tę, podobnie jak inne książki Giertycha, warto przeczytać, ale zachowując inną metodologię niż chce autor. No i oczywiście nie sugerować się jego krytykami, którzy z góry twórczość Giertycha odrzucają, widząc w nim tylko oszołoma, dającego powód do rechotu.
Wpływ Żydów na losy naszego kraju był bardzo duży, czasami pozytywny, czasami negatywny, nie większy bynajmniej niż wpływ innych nacji, ot takich Niemców na przykład. Przy czym w przypadku tych drugich można śmiało mówić tylko o negatywnym wpływie na naszą historię. Niemcy bowiem stanowili głównie patrycjat miejski i ich celem było opanowanie świata gospodarczego Polski, a tą drogą jej opanowanie polityczne. Ktoś tu zaraz wyskoczy, że celem Żydów było to samo, ale mu odpowiem, że lud mojżeszowy zamieszkiwał nie tylko wielkie miasta, ale także prowincje, gdzie współpracował gospodarczo ze szlachtą. Ta współpraca przynosiła obopólne korzyści i niczym politycznie szlachcie nie zagrażała. Co innego działalność niemieckich mieszczan, zorganizowanych w różne, mniej lub bardziej tajne gangi. Żydzi obsługiwali handel dalekowschodni, przebiegający  przez  tereny Ukrainy, na którym i Polacy się bogacili od czasów Kazimierza Wielkiego. Przyszło im za to zapłacić ogromną cenę podczas powstania Chmielnickiego, kiedy to odbył się tam pierwszy na naszych ziemiach holokaust. Komuś bowiem zależało na likwidacji tych bogacących Żydów i szlachtę szlaków handlowych. Komu?...
Wróćmy do tego naszego woła. Tu znowu muszę uczynić dygresję, ale jest ona ważna, więc proszę o wyrozumiałość. Jakiś czas temu, podczas spożywania posiłku, słuchałem jednym uchem jakiegoś programu telewizyjnego traktującego o motoryzacji, zerkając  czasem od niechcenia. Jednym uchem, gdyż motoryzacją właściwie w ogóle się nie interesuję, los jednak chciał, abym tego programu choć jednym uchem wysłuchał i jednym okiem obejrzał. No więc jadłem, słuchałem i zerkałem na jakiegoś łysego faceta w jeepie, który jeździł po jakiś wertepach, zachwalając dobre zawieszeniu tego samochodu, gdy nagle powiedział coś, co oderwało mnie od posiłku i wprawiło w rodzaj zadumy. Powiedział ów kierowca jeepa ni mniej ni więcej, tylko to, że krajem emitującym największą ilość CO2 są Stany Zjednoczone, a to za sprawą tego, że są największym hodowcą i eksporterem wołowiny. Tak powiedział, nic nie zmyślam. Z tą emisją CO2 to chodzi oczywiście o bąki jakie owe woły i krowy puszczają, tak sobie pan kierowca zażartował ale ja się nie zaśmialem. Naszła mnie bowiem pewna refleksja, jak widać nawet puszczanie bąkow  przez woły może być okazją do poważnej refleksji. Chodzi o to, że całkiem niedawno, zaledwie 300, 400 lat temu takim największym eksporterem wołowiny była... no, no domyślacie się Państwo kto?... No śmiało, tu nikt nie będzie rechotał, to bardzo poważne sprawy! Tak, tak, tym eksporterem, drodzy Państwo, była Polska! Olbrzymie ilości bydła pędzonego z Mołdawii na tereny Rzeczpospolitej, tu ubijane, solone, pakowane w beczki i spławiane rzekami do portów. Tam sprzedawane na wszystkie rynki. Ogromny biznes!!! Putin ze swoim gazem może się schować i bawić  po ciemku kurkami. I mija te kilkaset lat, woły nie wyginęły niczym dinozaury, ale to już nie Polska jest ich głównym eksporterem tylko dalekie USA. To nie my zgarniamy zyski tylko oni. Jak mogło do tego dojść? Ja już wiem jak i napawa mnie to smutkiem. To prawdziwy tragizm losów Polski w jej ekonomicznym aspekcie. Ale nie ma takiej dramatycznej sytuacji, z której nie można wyjść. Więc nie załamujmy rąk. Pomyślmy czasem ciepło o tych wołach, może warto zacząć znów je hodować bez względu na wymogi wspólnej polityki rolnej unii europejskiej czy jakiś innych cywilizacyjnych zdobyczy, którymi zmodernizowano naszą ojczyznę, wyciągając ją ze szponów zabobonu...
Łukasz Kołak

HIT NA WIELKANOC

Elity w służbie modernizacji

(sobota, 19 kwietnia 2014 r.)
Gdy byłem jeszcze studentem historii, jeden z moich zacnych profesorów podczas jakiegoś egzaminu czy zaliczenia, przekonywał mnie, że wszystko co w dziejach najważniejsze, miało miejsce na Zachodzie, albo na Wschodzie. Wszystkie ważne, przełomowe sprawy działy się tam, a nasza historia to tylko coś w rodzaju odprysku od historii dalekich. Instynktownie wyczuwałem fałsz takiego podejścia do zagadnienia, brakowało mi jednakże solidnych argumentów, aby przeciwstawić się skutecznie tej mentalności, nie obcej także innym profesorom mojego uniwersytetu. Wtedy miałem do przeciwstawienia zespół poglądów oscylujących wokół wyjątkowości naszej historii ze względu na Grunwald, Wiedeń, Warszawę 1920 r. powstania itd. To oczywiście ważne argumenty, ale nie najważniejsze. Wtedy jednakże nie byłem w stanie skonfrontować się z pokutującymi w głowie zacnego pana profesora mitami i kliszami, jakie miał tam poukładane. Studia historyczne bowiem właściwie nie przygotowywały studentów do mierzenia się z funkcjonującymi w obiegu fałszami, ba, nawet nie uczyły, jak należy odczytywać to co autorzy monografii historycznych zapisali na kartach swych książek. Pozostał tylko instynkt, który pozwolił mi nie popaść do końca w te uniwersyteckie narracje, choć nie było łatwo, przyznaję.
Ktoś mógłby powiedzieć, że opisane przeze mnie podejście pana profesora do dziejów własnej ojczyzny to efekt minionej epoki, komunistycznego prania mózgu, wysługiwania się czerwonemu imperium itp. Ale problem jest dużo poważniejszy i sięgający daleko w przeszłość, znacznie dalej niż dzieje rewolucji bolszewickiej. Ten kompleks bowiem, bo tak należy to zjawisko opisać, był udziałem polskich elit intelektualnych (proszę mi wybaczyć, że używam takiego słownictwa, to także efekt uboczny uniwersyteckiego wykształcenia, będę się starał ograniczać, obiecuję) w przełomowych dla Europy, w tym także dla Polski, czasach rewolucji protestanckiej. Kompleks ten jest od tamtej pory dziedziczony, a jego rozsadnikiem są niestety uniwersytety, choć zdarzają się oczywiście chlubne wyjątki. My tu jednak zajmujemy się tendencją dominującą.
Mam właśnie przed sobą książkę francuskiego profesora Ambroise Joberta, zatytułowaną "Od Lutra do Mohyły. Polska wobec kryzysu chrześcijaństwa 1517 - 1648". Książka ta wydana została w 1994 r.  przez dwa wydawnictwa, co samo w sobie stanowi ciekawostkę, firmują ją dwa znaczki: Oficyny Wydawniczej Volumen oraz, co dla nas najważniejsze, Instytutu Wydawniczego PAX. Przypomnijmy, że środowisko Paxu także miało swoje pomysły na instalowanie postępu w naszym kraju. Ale ciekawych rzeczy jest tam więcej.
Już motto pierwszego rozdziału mrozi krew w żyłach i wbija w fotel lub zwala z nóg, jeśliby ktoś stał. Jest to cytat z listu Erazma z Rotterdamu napisanego do arcybiskupa Canterbury 24 września 1524 r., a który brzmi: "Polonia mea est". Polska jest moja, pisze, jak twierdzą znawcy, najwybitniejszy umysł swojej epoki, który do dzisiaj patronuje jednemu programowi dla studentów. I ja rozumiem, że Państwo jeszcze mogą nie odczuwać tej grozy, którą poczułem ja, przeczytawszy te słowa, że teraz zastanawiacie się o co mi chodzi, to chyba dobrze, że jakiś wybitny intelektualista z Zachodu pisze tak o naszej ojczyźnie, pewnie mu się podoba, jest nią zachwycony, więc w sumie możemy być zadowoleni i dumni. Jest to jednakże powód nie do zadowolenia i dumy, ale czegoś wręcz przeciwnego, zapewniam wszystkich!
Przyjrzyjmy się najpierw jak wyglądały sprawy w Polsce. Jak zauważa profesor Jobert, życie religijne mieszkańców Rzeczpospolitej u progu XVI wieku kwitnie. Rozwija się kult świętych, relikwii i obrazów, ludzie pielgrzymują do świętych miejsc i łożą chętnie ofiary na rzecz klasztorów. Dzięki temu kwitnie również sztuka sakralna, obrazy, księgi, muzyka. W tym sztuka ludowa, skierowana do najmniejszych. Są jednak tacy, którzy przeczuwają nadchodzącą burzę. Przeczuwają ją tym mocniej, że sami chcieliby w niej uczestniczyć i zgodnie ze wskazaniami ojców nadchodzącej reformacji położyć rękę na tych wszystkich materialnych dobrach kościelnych, które w ich mniemaniu zawadzają nieuniknionej potrzebie modernizacji. Mówiąc bez ogródek, chcieliby dokonać skoku na kasę, ale zrobić to w białych rękawiczkach, aby uniknąć podejrzenia o sprzyjanie niebezpiecznym nowinkom płynącym z Zachodu, głównie z Niemiec, skąd pochodził Marcin Luter. Sprawa jest o tyle delikatna, że niemieckie nowinki wraz z ich autorami, nie cieszą się popularnością wśród ciemnego ludu. Ten jak wiemy lubi tę swoją ludową pobożność, na którą hojnie łoży, lubi też swoich mnichów, których opłaca z owoców własnej pracy. Niemcy przebywający w Polsce w związku z burzą nadciągającą wraz z nauką Lutra nie zawsze czują się bezpiecznie. Rudolf Agricola, profesor z Uniwersytetu w Krakowie, obawiał się w 1519 r., że padnie ofiarą masakry wraz z innymi Niemcami, "ale król uspokoił umysły". Pisał również, co przytacza Jobert, że Niemcy w Krakowie, są wtedy "w większej wzgardzie niż Żydzi, a spolszczeni Niemcy okazują największą wrogość nowo przybyłym". A zatem ludność polska i zacytujmy tu jeszcze raz francuskiego profesora, "ogromna większość duchowieństwa" nie ekscytowała się hasłami naprawiaczy świata z Zachodu. Ekscytowały się nimi wykształcone elity dworskie i uniwersyteckie i to one pragnęły je tu eksportować.
Kim tak naprawdę był Erazm z Rotterdamu, ów wybitny intelektualista, człowiek renesansu, pedagog itd.? Ni mniej ni więcej tylko człowiekiem torującym drogę Marcinowi Lutrowi, takim Janem Chrzcicielem protestantyzmu. Piętnującym rozliczne wady kleru, w tym przede wszystkim tych zgnuśniałych mnichów, do grona których sam należał, ale uzyskał pozwolenie na opuszczenie klasztoru augustianów. Notabene tego samego zakonu, w którym karierę rozpoczynał sam Luter. Nie znaczyło to, że nasz wybitny humanista wystąpił ze stanu duchownego w ogóle. Nie, nie, został potem sekretarzem jednego z biskupów, ale jego główną misją było pisanie ważnych traktatów filozoficznych, którymi do dzisiaj napawają się intelektualiści z całej Europy. Lub przynajmniej udają, aby nie wypaść z towarzystwa. Najważniejszym dziełem Erazma, najważniejszym z punktu widzenia tych, których interesował postęp i modernizacja, była "Pochwała głupoty" wydana w 1509 r., a więc na ładnych kilka lat przed słynnym wystąpieniem Lutra przeciw odpustom. Dzieło to zawiera w sobie te wszystkie znane nam zarzuty stawiane duchowieństwu, no może z wyjątkiem pedofilii, o którą wówczas tak masowo księży nie podejrzewano. Ale i tak robiło wrażenie, nawet, a może zwłaszcza na postępowych elitach w Rzeczpospolitej, skoro sam mistrz tak pewnie pisze do angielskiego arcybiskupa, że Polska jest jego. I autor "Od Lutra do Mohyły" potwierdza to zafascynowanie Polaków Erazmem. Sprawa była o tyle poważna, że sam mistrz z Rotterdamu pokłócił się w końcu z Lutrem, na zasadzie konfliktu w rodzinie, ale to spowodowało, że ci wszyscy, którzy sprzyjali protestanckiej modernizacji, ale obawiali się oficjalnego popadnięcia w herezję, widzieli w Erazmie kogoś w rodzaju arbitra i gwaranta prawomyślności. On, też postępowy, ale Lutra krytykuje, więc idealny do zakamuflowanej walki ze zgnuśnieniem kościelnym. I tak korespondencja między intelektualistami z Krakowa a autorem "Pochwały głupoty" kwitnie. A drukarze w Polsce wydają jego dzieła na potęgę. "Wspominamy Ciebie, otaczamy czcią, wielbimy" pisał do niego Jan Antonin, lekarz przebywający na dworze krakowskim, Niemiec ze Słowacji, który wcześniej poznał Erazma w Bazylei. Biskup Andrzej Krzycki zachęcał go do osiedlenia się w Krakowie u boku "dobrego króla" Zygmunta I. Cały ten festiwal serdeczności okazywanych wybitnemu myślicielowi zmierzał do tego, aby uzasadnił on przed światem, a konkretnie przed papieżem, politykę króla i dworu krakowskiego wobec sytuacji w państwie krzyżackim, które właśnie się sekularyzowało i przyjmowało doktrynę Lutra za swoją wykładnię. A król Zygmunt, który oficjalnie heretyków nie lubił i stroił do nich groźne miny, walnie przyczynił się do powstania tego pierwszego protestanckiego państwa, które kilka wieków później będzie jednym z motorów napędowych rozbiorów Polski. Mistrz z Rotterdamu, który oczywiście cieszy się z estymy jaką ma w Polsce, choć propozycje osiedlenia się tu odrzuca, to jednak na nieustające prośby o laurkę dla polskiego króla i jego zaplecza politycznego, takową w końcu, ku radości naszych intelektualistów wystawia. Dzieje się to w maju 1527 r., a sam autor nie musi się zbytnio męczyć i pisać z głowy. Wszystkie materiały dostarcza mu Jan Łaski, bratanek prymasa, były uczeń mistrza. Erazm wystawił królowi Zygmuntowi piękne świadectwo, ukazując go jako obrońcę Kościoła i Pokoju, za co król sypnął mu sto dukatów węgierskich. Biskup krakowski dorzucił jeszcze sześćdziesiąt, a był to dopiero początek owocne epistolarnej współpracy mistrza z polskimi uczniami.
Łukasz Kołak

Gdy cyrograf okazuje się falsyfikatem

(piątek, 18.04.14 r.)
Włodzimierz Leni... pardon! chciałem oczywiście napisać Putin, wystąpił na specjalnej konferencji przed dziennikarzami. Uwodził i czarował z gracją, a słuchacze dawali się uwodzić i oczarowywać. Często ostatnio nasi rodzimi rusofobowie (nie wiem czy dobrze odmieniam) porównywali prezydenta Rosji do Hitlera. Kto słuchał tej konferencji mógł się przekonać, że to fałszywe porównanie. Niemcy lubili dawać się uwodzić komuś kto łaził w mundurze, krzyczał, egzaltował się do granic psychicznej wytrzymałości i wymachiwał rękami. Zachowanie Putina podczas występu dalekie było od tego niemieckiego ideału i wystawia to chyba Rosjanom dobre świadectwo, przeczy bowiem tezie o wrodzonej dziczy ludzi Wschodu. Putin inseminuje słuchaczy swymi tygrysimi oczami i porywa luzem i swadą. Ale dlaczego ja o tym? Chciałem jakoś nawiązać do tematyki czarów i uwodzenia, będących czasem konsekwencją podpisania cyrografu. Kwestie te zawsze rozpalały ludzką wyobraźnię dając pożywkę pisarzom i filmowcom do napędzania się tym. Tymczasem bywają sytuacje, które, mimo że o czary i cyrografy się ocierają, to jednak ich efekt okazuje się tak nędzny, że aż całkowicie pozbawiony literackiego lub filmowego rozmachu.
Taka właśnie sytuacja dotyczy tego nieszczęsnego księdza Lemańskiego, o którym pisał niedawno na pamflecie.pl redaktor Dziecielski. Ja przyznam się, że w przeciwieństwie do konferencji Putina, występów związanych z ks. Lemańskim w ogóle nie śledzę, lecz wiem czego dotyczą i jaki jest ich prawdziwy cel. A cel ten to po prostu walenie w Kościół i jego hierarchów w celu dalszego osłabiania tej jedynej instytucji, w której funkcjonuje jeszcze prawdziwa wolność ekonomiczna. A w czasach totalnej ekonomicznej niewoli, kiedy to nie tylko samochody, pralki i telewizory funkcjonują na kredycie, ale jadą na nim całe państwa ze wszystkimi swoimi instytucjami, ekonomiczna wolność w Kościele jest szalenie ważna. I proszę o tym pamiętać, kiedy słyszeć Państwo będziecie dźwięk monet uderzających o tacę lub szelest banknotów. A wszystkie te występy takich osób jak ów nieszczęsny ksiądz mają na celu położenie łapy na tym swobodnym przepływie środków płatniczych przez kościelną tacę. I tyle. Zaczyna się górnolotnie walką o odpusty lub prawdziwą naturę Syna Bożego, a kończy na skoku na kasę. O tym też proszę pamiętać.
W całej tej sprawie uderza jednak nędza warunków tego cyrografu, od którego ks. Lemański nie mógł się opędzić. Wygląda na to, jakby nie dał się uwieść i oczarować jakiemuś atrakcyjnemu diabłu, podobnemu choćby do Putina, tylko podpisał naprędce jakiś świstek podsunięty mu przez przypadkowego, udręczonego jak on, akwizytora, który obok sprzedaży super mydła, wciska jeszcze na boku, w promocji, podróbki cyrografów, kilkakrotnie kserowanych jak sławne kwity z IPN u. I ksiądz coś takiego podpisał i teraz musi odstawiać szoł, angażując do tego w charakterze statystów swych parafian. A już najbardziej zdumiewa mnie to pragnienie takich ludzi jak ks. Lemański do występów na łamach gazety wyborczej. Przecież nędza tego medium jest niemalże dotykalna. Dawać się uwieść jakiemuś akwizytorowi przebranemu za diabła, żeby móc brylować w mizernej gazecinie dla ubogich intelektem... No nie mogę tego zrozumieć. A Państwo?
Łukasz Kołak

Na czyich barkach spoczywa dzisiaj Polska?

(czwartek, 17 kwietnia 2014 r.)
Pisałem niedawno o śmierci politycznej, czyli tej zadawanej z politycznych powodów, osobom, które pełnią pewne publiczne funkcje w państwie lub zwykłym obywatelom, aby jakiś mniej lub bardziej pozorowanych zmian w państwie dokonać. Taka śmierć zadawana jest na zlecenie wszelakich mafii, które mają interes w tym aby kogoś niewygodnego odstrzelić lub dokonać większej pokazówki. Wszystko oczywiście ma swój cel nie tylko polityczny, ale także biznesowy. Za działaniami takimi stoją jakieś budżety, których właściciele pragną je zabezpieczyć i pomnożyć. Kim mogą być owi ludzie? Różnie ich się określa, też już wspominałem. A to masonami, a to satanistami, często utożsamia się ich z pewną grupą narodowościowo – religijną. Ale wszystkie te wyjaśnienia nie zawsze, a właściwie przeważnie nie oddają istoty sprawy, choć w awangardzie postępu mamy oczywiście i masonów i satanistów mniej  lub bardziej poważnych i profesora Hartmanna i mojego ulubionego Tomasza Wołka (Zbożowego) i wielu, wielu innych. Ale za nimi wszystkimi stoją jakieś mniej lub bardziej sformalizowane struktury, które tymi budżetami dysponują naprawdę i które podejmują ostateczne decyzje.
Teraz wróćmy do kwestii zamachów na życie niewygodnych przywódców państwa. Skupmy się oczywiście na Polsce, albowiem wbrew temu co próbowali zohydzić jakiś czas temu wredni parodyści, których nazwiska powinny zostać zapomniane, Polska naprawdę jest najważniejsza! Mamy świeżo w pamięci lot do Katynia Lecha Kaczyńskiego i to co działo się i dzieje do tej pory. Porównajmy nasz czas z inną tragiczną sytuacją, w jakiej znalazło się nasze państwo, a która związana była ze śmiercią innego jego przywódcy. Śmiercią tajemniczą, którą śmiało możemy nazwać zamachem. Tu bowiem nie potrzebujemy żadnych dowodów, żadnych kwitów i zeznań świadków składanych pod przysięgą. Byliśmy i jesteśmy nadal ważni i stanowimy zagrożenie, kiedyś nawet śmiertelne zagrożenie, dla tych dysponujących ogromnymi budżetami projektantów nowego ładu. I dlatego nasi przywódcy, Ci którzy ośmielają się prowadzić własną politykę, są narażeni na gwałtowną śmierć.
Mamy oto drugą połowę XVI wieku  i wstępującego na tron polski króla Stefana Batorego, księcia Siedmiogrodu. Jest lennikiem tureckim i to właśnie Turcja pragnie osadzić go na tronie polskim, aby mieć tu swojego figuranta. Agentami sułtana są między innymi arianie, czyli sekciarze odrzucający wiarę w dogmat o Trójcy Świętej, kwestionujący zatem boską naturę Jezusa Chrystusa. Było ich w Siedmiogrodzie sporo. Ale nie teologia jest tu istotna a pieniądze, za pomocą których przekupują w imieniu dworu tureckiego szlachtę w Polsce, aby tego Batorego wybrała. Sam książę Siedmiogrodu, który po polsku mówić nie umiał, a  z Polakami porozumiewał się po łacinie, świadom tego o co toczy się gra i jaką rolę mu rozpisano, gdy tylko królem zostaje, przystępuje do realizacji własnych planów, które niekoniecznie są tożsame z interesami Turcji, siedmiogrodzkich arian, ale o dziwo, współgrają z interesami państwa polskiego oraz polskiej szlachty. Wśród tej ostatniej mamy jednak poważne i bogate rody, które polityki Batorego nie chcą i jawnie ją od początku, delikatnie mówiąc, sabotują, pragnąc związać swoje interesy nie z koroną polską, ale np.  Habsburgami. Są to jednak czasy, kiedy sami oligarchowie nie wystarczą do tego, aby zniszczyć państwo. Polska ma nie tylko oligarchów, ale także średnią szlachtę i tę jeszcze drobniejszą, która także ma pieniądze, bowiem także sprzedaje zboże ze swoich folwarków lub ma inne źródła dochodów. I pieniądze te zebrane razem do kupy dają wielka siłę, podobnie jak drobne uzbierane do kupy przez ojca Tadeusza Rydzyka. I kiedy sejm walny w Toruniu odmawia królowi Batoremu pieniędzy na wojnę ze zbuntowanym Gdańskiem, bowiem jak głosi znane ówczesne hasło, nie róbmy polityki, wieszajmy arrasy na Wawelu, pieniądze te dają mu sejmiki ziemskie, które jakoś instynktownie mają do króla zaufanie i wierzą, że nie poprowadzi ich na manowce. A król plany ma ambitne, uśmierzenie buntu w Gdańsku jest pierwszym krokiem do podjęcia konfrontacji z Moskwą, która właśnie podporządkowuje sobie Inflanty, aby opanować wybrzeże Morza Bałtyckiego, przeprowadzając tam referenda wśród ludności z pytaniami, do którego z organizmów politycznych chcą należeć? Złej, ksenofobicznej, jezuickiej, nacjonalistycznej Polski czy miłującej pokój i porządek Moskwy? Może z tymi referendami to trochę szydzę, ale uzbrojone desanty Specnazu naprawdę po Inflantach już grasowały. Dla Batorego było jasne, że gra toczy się o wszystko, tzn. o to kto będzie miał te zyski z handlu zbożem i innym towarami i wiedział, że musi zabezpieczyć interesy polskiej szlachty, której królem właśnie został. Wiedział też, że to nie tylko sama Moskwa w  imieniu Iwana Groźnego chce te Inflanty opanować, ale że stoi za nią jeszcze jedne zdeterminowane i bezwzględne  państwo, aspirujące do bycia imperium.
Mając zatem zabezpieczenie finansowe w postaci podatków szlacheckich uchwalonych na sejmikach ziemskich, Batory może spokojnie udać się po kredyt do jakiegoś banku reklamującego mobilne konta i za te pieniądze wystawić armię, z którą pomaszeruje na Wschód. Pomaszeruje zwycięsko dodajmy, za co dzisiaj zostanie wymazany z kart podręczników, bowiem opowiadanie sobie o zwycięskich kampaniach wojennych z Moskwą nie stanowi dobrego tonu w towarzystwie, więc wiedzieć o tym nie trzeba. Może aktualna zmiana etapu, w której Putin jest już zły coś zmieni w tej kwestii, ale nie sądzę. Bierze zatem król ten kredyt, bo wie, że ma z czego spłacać, pieniądze od szlachty spływają regularnie niczym tacowe  w zamożnej wiejskiej parafii. Żaden komornik czy inny windykator króla nie odwiedzi, może on sobie spokojnie wojować z Moskwą.
Nie bez powodu tak nawiązuję ciągle do tego Kościoła i tej kościelnej kasy. Nie z powodu, że jak większość ludzi wykształconych (no może przesadziłem, nie  tyle wykształconych, ile z dyplomami) w Polsce jestem zwolennikiem heretyckiego zawołania, że kościół ma być ubogi. Wręcz przeciwnie, ma być bogaty! Musi być bogaty!!! Tak samo jak ta szlachta, która ma z czego zrobić zrzutkę na wojnę toczoną w jej interesie, jej być, albo nie być. Oto królowi Batoremu, przypomnijmy, wybranemu na króla Polski za pieniądze pogańskiej Turcji, rękami ariańskich heretyków, który wędruje teraz na północny wschód ze swoją armią, w której różnych heretyków nie brakuje, lubią oni bowiem najmować się u możnych panów do prania innych po gębie, towarzyszy także niejaki Piotr Skarga, jezuita. Człowiek, który nie został dotąd ogłoszony świętym tylko dlatego, że nie splamił się zaciągnięciem żadnego kredytu, w żadnym z banków, oferujących mobilne konta. Mało tego, że się nie splamił, to jeszcze sam zakładał instytucje bankowe dla ubogich, stając się konkurencją dla ówczesnego Wall Street. Ja może trochę upraszczam, piszę jednak syntezę dziejów, na potrzeby krótkiego artykułu więc mam prawo. No więc ktoś kiedyś rozpuścił plotkę o Piotrze Skardze, że został pochowany żywcem, więc gdy się ocknął w trumnie to na pewno ubliżył Panu Bogu i świętym zostać nie może. Tak nam to kiedyś podano do wierzenia, więc musieliśmy wierzyć. Zaraz, zaraz… Musieliśmy?
W każdym razie ów Piotr Skarga, postać wyjątkowa pod każdym względem, której warto poświęcić osobny tekst, wyrusza z królem Batorym na Wschód, aby w ramach jezuickiej misji prowadzić tam pracę duszpasterską a przy okazji dać tubylcom wybór: kredyt na rozruszanie drobnego przedsięwzięcia biznesowego z Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy małej, skromnej, spokojnej i całkowicie pozbawionej bezwzględności kasy samopomocowej Ojców Jezuitów. I król całkowicie robotę Piotra Skargi popiera i łoży na nią to co mu tam z kasy zostaje, nie chce bowiem budować imperium metodą Japończyków z filmu „Droga do zapomnienia” tylko dobrze zarządzone i prosperujące państwo, stabilne zamożnością swoich obywateli. I Kościół, a Ojcowie Jezuici w szczególności, ze względu na swoje charyzmaty, są mu w tym szalenie potrzebni.
Niestety, król Batory umiera dość szybko w okolicznościach zwanych potocznie niejasnymi. Piotr Skarga żyje jeszcze długo i pełni owocnie swoja posługę, potem podczas umierania, jak chcą jego wrogowie ma złorzeczyć Bogu i zniweczyć całe swoje heroiczne życie. Batory umarł, ale państwo funkcjonowało nadal, ciągle bowiem miało średnią i drobną szlachtę ze swoimi folwarkami, a i nie wszyscy oligarchowie zawsze zaprzedawali się obcym  dworom. Nadal miało Ojców Jezuitów z Piotrem Skargą na czele. Miało swoje barki, na których jeszcze mogło spocząć. Czy dzisiaj, gdy króla nie ma, to co zostało jeszcze z naszego państwa (jakkolwiek to nazwiemy) ma coś takiego?...
Łukasz Kołak