Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

O gruchotaniu kości w służbie imperium

(wtorek, 15 kwietnia 2014 r.)
Filmy, podobnie jak literatura, służyły i służą nadal dwóm głównym celom. Kłamstwu i deprawacji. Są oczywiście chlubne wyjątki, ale dziś o tendencji dominującej. I mam tu na myśli nie tylko deprawację dzieci czy młodzieży, ale także dorosłych.  W czasach dawnych, kiedy umiejętność czytania nie była jeszcze rozpowszechniona, kłamstwo jakie niosły ze sobą dzieła literackie, nie oddziaływało  masowo. Wielu niepiśmiennych ludzi, a byli nimi nie tylko chłopi uprawiający ziemię, ale także protoplaści późniejszej szlachty, było wolnych od jadu, jaki chcieli im zaserwować różnego rodzaju poprawiacze świata, pędzący w awangardzie postępu. A zatem dzieła takiego Erazama z Rotterdamu czy Marcina Lutra nie robiły na wszystkich wrażenia. I spora grupa osób nie musiała się tą rewolucyjną propagandą ekscytować. Niestety do czasu, gdy pod dwór, albo klasztor zawędrowała zorganizowana i uzbrojona ekipa postepowców, która wprawdzie dzieł owych także nie czytała, ale której ktoś naprędce wydeklamował skrypt do tych wiekopomnych dzieł, zamykający się zawołaniem: grab nagrabione! Ja wiem, że ktoś mi zaraz zarzuci, ze mieszam epoki, że to Lenin tak wołał dużo, dużo później, ale zapewniam Was, że się nie mylę. To nie Lenin wymyślił to hasło. Nawet Luter nie był pierwszy. Ale o tym innym razem. Kłamstwu i deprawacji poddawani jesteśmy zatem stale, niezależnie od wieku. Co prawda im człowiek starszy tym mniej owej nachalnej deprawacji może ulec, ale okłamanym można być zawsze, jak twierdzą znawcy problemu, nawet w obliczu śmierci. Bowiem także w chwili umierania, a zatem gdy jest ostatnia szansa na sukces, demony pragną zwieść człowieka i złapać go w swe sidła. Ale dajmy pokój stworom, w które można wierzyć lub nie, a przyjrzyjmy się zjawisku, które można by określić mianem najczystszego satanizmu, wyznawanego w służbie imperialnych potęg.
Na ekranach kin możemy właśnie oglądać film pt. "Droga do zapomnienia". To zgrabnie opowiedziana historia, jak dowiadujemy się na początku, "autentyczna", ukazująca losy dwóch mężczyzn, Anglika i Japończyka, rzuconych w dramatyczny wir wydarzeń drugiej wojny światowej. Angielski oficer trafia wraz z towarzyszami broni do japońskiej niewoli po upadku Singapuru w 1942 r. Zostają oni zatrudnieni, jeśli można tak powiedzieć, do budowy kolei w Birmie i w trakcie morderczej pracy, postanawiają skonstruować radio, aby dowiedzieć się co dzieje się na frontach wojny i móc dzielić się tą wiedzą z innymi jeńcami. Niestety Japończycy dowiadują się o fakcie skonstruowania radioodbiornika i poddają głównego bohatera brutalnemu śledztwu, aby dowiedzieć się w jakim celu to radio zostało zbudowane. Tyle sama ogólna  fabuła, ale to co najważniejsze to szczegóły. A te są szalenie ważne, bowiem w nich w końcu tkwi diabeł. Film serwuje nam w sposób nachalny  propagandę imperialną, wychwalającą dzielnych Anglików, a piętnującą dzikich i brutalnych Japończyków, stosujących wobec Bogu ducha winnych angielskich żołnierzy okrutne tortury. Anglicy sami o sobie mówią w tym filmie, że są cywilizowani i nie podjęliby się na przykład nigdy budowy birmańskiej kolei, ze względu na ciężkie okoliczności przyrody, które pochłonęłyby zbyt wiele ofiar. Widz przekonany zostaje zatem, że imperium brytyjskie przejmuje się losem kolonizowanych przez siebie ludów i nawet jeśli kiedyś przejmowało się ich losem mniej, to teraz, w XX wieku prawa człowieka są na pierwszym miejscu. Dla każdego w miarę orientującego się w dziejach Anglii i jej kolonii fałsz tego przekazu bije po oczach niczym japoński drąg kości angielskich jeńców. Okrucieństwo bowiem wobec własnych poddanych oraz podbijanych przez wieki ludów jest specjalnością kuchni brytyjskiej. Prawdziwym hell's kitchen, a nie tym udawanym, którym możemy ekscytować się w telewizji.
Mamy zatem ukazane w filmie okrutne starcie dwóch imperialnych potęg. Już okrzepłego imperium brytyjskiego, które fazę gruchotania kości i wydłubywania oczu niby ma za sobą i dopiero co wschodzącego, niczym słońce, japońskiego, które aby osiągnąć swój sukces musi te oczy dopiero wydłubywać i efektywnie gruchotać kości, co niniejszym czyni. Wszystko to dzieje się w tej biednej Azji i nikt w filmie, ani ów angielski jeniec, ani jego japoński oprawca, nie zadaje sobie pytania, co my tu właściwie robimy, poza łamaniem sobie tych kości rzecz jasna? I jak wygląda los tubylczej ludności, która wydana jest na łup naszych imperialnych pragnień? Po szczątkach części z niej jeździły później pociągi, a co z resztą? A pytanie takie jest w końcu szalenie ważne, zwłaszcza z naszej, polskiej perspektywy. Nam bowiem również reprezentanci różnych imperiów wydłubywali oczy, łamali kości, wyrywali paznokcie i czynili jeszcze wiele różnych nieprzyjemnych rzeczy. I robili to tu, u nas, a nie w jakiejś birmańskiej dżungli. Twórcy filmu jednak nie zawracają nam głowy takimi pytaniami. Przekaz jest prosty. Anglicy niosą cywilizację, japońska dzicz śmierć i zniszczenie. Zanotować i nauczyć się na pamięć. A potem wzruszać losem angielskich jeńców i końcowym pojednaniem kata i ofiary. W tym ostatnim twórcy filmu nie są bynajmniej prekursorami. To właśnie u nas Zygmunt Bauman, który w imieniu imperium sowieckiego, funkcjonującego na zachodnich kredytach, strzelał kiedyś do polskiej nacjonalistycznej dziczy, za co teraz jest fetowany na różnych kongresach kultury. Ale to już inny, choć równie zakłamany film...
Łukasz Kołak

Gdy Anna Grodzka zostanie odkurzaczem

(poniedziałek, 14 kwietnia 2014 r.)
Wydawałoby się, że po spektakularnym, ogłaszanym z różnych telewizji, czasem także z ambon, upadku komunizmu, czasy rozmaitych ideologii, nakazujących radykalną przebudowę świata i budowę nowego człowieka należą do przeszłości. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Rozmaici myśliciele, filozofowie, pisarze, reżyserzy filmowi, intelektualiści na czele z Jackiem Żakowskim i Tomaszem Wołkiem (Zbożowym) przekonują nas na każdym kroku, że jest inaczej. Że droga do nieustającej modernizacji dopiero przed nami. Jeszcze tyle do zrobienia, a na drodze owej stoi i zawadza nasz rodzimy ciemnogród z Kościołem Powszechnym na czele. Oczywiście są w tym Kościele wartościowe jednostki i środowiska, które w procesie postępu kroczą w awangardzie, ale summa summarum, Kościół jako taki jest zawadą. A już zwłaszcza kiedy ma inne zdanie niż wyżej wymienieni postępowcy w sprawach tak szalenie ważnych z perspektywy procesów modernizacyjnych jak np. gender.
Tak się niestety nieszczęśliwie składa, że jakkolwiek ideologia gender, podobnie jak wcześniej marksizm, może i powinna budzić jedynie uśmiech politowania tudzież efektowny rechot  u wszystkich osób zachowujących resztkę zdrowego rozsądku, to jednak stoją za nią poważne budżety, poważnych organizacji gangsterskich, które mają swoje cele w tym, aby zaszczepić nam w mózgach owe herezje, co powinno nas zmobilizować do zachowania kontrrewolucyjnej czujności. Nie te wszystkie bzdury, głoszone przez sfrustrowanych propagandystów, o wybieraniu płci przez dorosłych i takie tam, ale właśnie owe budżety, które za tymi głupotami  stoją, powinny stać się obiektem naszego zainteresowania. Kto za to płaci jednym słowem i ile będzie od nas żądał w ramach rekompensaty za poniesiony nakład w walce o postęp? Dodajmy: ile i dlaczego tak drogo? Nie łudźmy się bowiem, że taka ideologia gender narodziła się w umysłach jakiś szalonych profesorów, którzy w zaciszach swych pracowni, głęboko przestudiowali sprawę i pewnego dnia, niczym Izaak  Newton, odkryli prawdę. Nie ma takiej głupoty, której by nie ogłaszali z katedr uniwersyteckich rozmaici, utytułowani profesorowie. Wymieniona ideologia to element kolejnego wielkiego projektu, którego menedżerami są jacyś, jak zwykle stojący w tyle, tajemniczy osobnicy, których jedni nazwą masonami inni pewnie od razu czcicielami diabła w straszliwej postaci. I być może i jedni i drudzy będą mieli rację. Ją pozostanę przy określeniu menedżerowie projektu, bowiem projekt ten ma przynieść im jakieś zyski i to zapewne spore, jak to przy każdej rewolucji bywało, od rewolucji Lutra i Kalwina począwszy. A gender taką rewolucją przecież jest, będącą twórczym uzupełnieniem rewolucji marksistowskiej. Jak pamiętamy urojenia Marksa i Engelsa polegały z grubsza rzecz biorąc na zasianiu nienawiści u  biednych, wyzyskiwanych ludzi pracy do bogatych wyzyskujących ich właścicieli. W efekcie jedni mieli napaść na drugich i zabrać im własność, którą potem zarządzali w imieniu wyzyskiwanych i dla ich dobra oczywiście, ówcześni menedżerowie tego projektu, czyli kadry partyjne. Gender idzie duży krok naprzód. Jego celem jest zasianie nienawiści u człowieka do jego własnej płci. Jeśli jesteś mężczyzną, zwalcz to i stań  się kobietą i na odwrót. Wykucie nowego człowieka drogą autodestrukcji, obcięciu lub doklejeniu sobie pewnych części ciała. Oczywiście to nie jest ostatnie słowo współczesnych rewolucjonistów, albowiem w kolejce czeka też koncepcja, głosząca całkowitą nienawiść do własnego człowieczeństwa i przerobienie się na coś w rodzaju terminatora. Nazywa się to bodajże transhumanizmem i głosi, że człowiek to w ogóle nie ma płci bo jest spokrewniony z własnym sprzętem AGD. Tylko czekać, kiedy owe rewelacje będą nam ogłaszane w prasie i telewizji, a redaktorzy Żakowski z Wołkiem (Zbożowym) będą piętnować  polskich biskupów, że ośmielają się mieć inne zdanie w tej sprawie niż robocop.
Łukasz Kołak

O śmierci politycznej, krzyku milczenia

(sobota, 12 kwietnia 2014 r.)
Ponieważ mamy rocznicę mordu smoleńskiego będzie na poważnie. Pisząc o śmierci politycznej mam na myśli nie utratę iluś tam punktów w sondażach, w efekcie czego jakaś partia nie ma szans na wejście do sejmu. Mam na myśli śmierć prawdziwą, z całą jej grozą i majestatem jakie niesie. Taka śmierć staje się udziałem zarówno polityków ze świecznika, jak i tych zwykłych, szarych obywateli, zjadaczy chleba powszedniego. Takich jak stoczniowcy polegli na przystanku Gdynia Stocznia w grudniu 1970 r. Takich jak mieszkańcy Wołgodońska, których pewnego dnia 1999 r. wysadzono w powietrze, aby prezydent Putin mógł przy aprobacie świata rozpocząć rzeź Czeczeni. Nasz Smoleńsk był swoistą czarną klamrą, bowiem 10 kwietnia pamiętnego roku śmierć poniósł prezydent Kaczyński, jego urzędnicy, ale także osoby, które same siebie określiłyby jako "szare". Czyż nie tak nazwałaby siebie Anna Walentynowicz? Ja wiem, że dla nas pozostanie postacią absolutnie niezwykłą. Ale przede wszystkim skromną. Giną zatem z powodów politycznych wszyscy, w zależności od czasu, miejsca i okoliczności. Giną niezależnie od toczonych wojen, a może właśnie dlatego, że wojna toczy sie cały czas, tylko my żyjemy w uśpieniu, nie zdając z niej sobie sprawy?
Zatrzymajmy sie na chwilę na tych wysadzonych w powietrze przez "korporację zabójców" z dawnego kgb, mieszkańcach Wołgodońska. Byli wśród nich zwykli Rosjanie, którzy od 1917 r. rządzeni są przez gangsterów zainstalowanych na ziemi rosyjskiej przez zachodnie rodziny bankowe rękami niemieckiej generalicji. Ci gangsterzy mają całkowity carte blanche jeśli chodzi o traktowanie swoich obywateli. Rusofobowie nazwą to tradycyjnym wschodnim barbarzyństwem, pamiętajmy jednak, że mordować swoich poddanych pod wydumanymi pretekstami potrafiła ochoczo monarchia brytyjska, stawiana często za wzór przez tych, którzy zwą się rusofobami. Dodajmy przy tym, mordować, aby zagarnąć majątek mordowanej osoby. Dokładnie tak jak w Rosji rządzonej przez bolszewików. W przypadku tych biedaków z Wołgodońska chodziło nie o grabież ich mienia, cóż bowiem mogli posiadać jacyś tam rosyjscy blokerzy po kilkudziesięciu latach życia w sojuzie, ale o zrzucenie winy na "czeczeńskich terrorystów", aby korporacja zabójców mogła bezkarnie, przy aplauzie otumanionego społeczeństwa wejść sobie do Czeczeni i robić tam co tylko potępione dusze kagiebistów zapragną. Tak też sie stało, a opisujący kulisy tej operacji Aleksander Litwinienko, po pewnym czasie sam stał się  ofiarą politycznej śmierci. Co ważne, a nawet szalenie ważne - herbatę osłodzoną radioaktywnym polonem wypił w Wielkiej Brytani, do której uciekł, licząc na uratowanie życia i podjęcie skutecznej konfrontacji z korporacją zabójców i jej zbrodniami. Korporacja jednak, jak to często z korporacjami bywa, okazała się silniejsza, zresztą nie wiemy dokładnie, kto i gdzie jakie cyrografy podpisywał. Fakt jest taki, że zamordowanie Litwinienki w tak wymyślny sposób i to pod bokiem królowej angielskiej i nieustraszonych zastępów Dżejmsów Bondów nie spowodował żadnej specjalnej reakcji z ich strony. Co prawda Radio Moskwa puszczała jakieś szczury, że niby Anglicy wiedzieli, bo dzielnie kgb coś tam im powiedziało o planowanym zabójstwie, ale koniec końców, żaden Dżejms Bond do Moskwy nie pojechał i królowej angielskiej głowy Putina w skrzyni nie przywiózł. Chyba że przywiózł, a gość którego oglądamy teraz w tiwi to putinowski sobowtór. Ale miało być poważnie...
Mamy oto śmierć polityczną naszej delegacji, lecącej do Katynia. Jest również spektakularna, obliczona na medialny festiwal wzruszeń, zorganizowany aby zarządzać naszymi emocjami. Śmierć zadana przy aprobacie świata zachodnich elit politycznych. Przyznał to w czerwcu ubiegłego roku goszczący w Polsce prof. Marek Jan Chodakiewicz. Stwierdził on, że Lech Kaczyński swoją zdecydowaną postawą wobec wschodniego sąsiada, swoim "krzykiem" wręcz, zawadzał Zachodowi, który ze Wschodem prowadzi po prostu interesy i żadnej kreciej roboty w tej części Europy nie potrzebuje. Dlatego Zachód  odetchnął z ulgą po 10 kwietnia 2010 r. Myślę, że Marek Chodakiewicz, mimo tego że reprezentuje tylko niewielką prywatną uczelnię z Waszyngtonu, to jednak wystarczająco nasiąkł już imperialną retoryką i wie co mówi. A skoro tak to wszelkie utyskiwania "obozu patriotycznego", że niedostatecznie zabiegamy o wyjaśnienie katastrofy u naszych amerykańskich sojuszników, że nie dajemy im szansy na pomoc w wykryciu prawdy i ukaraniu winnych, że te Dżejmsy Bondy tylko czekają, żeby tu zeskoczyć na spadochronach i ruszyć nam z odsieczą, ale tego nie robią, bo wybraliśmy sobie Bronisława Komorowskiego na prezydenta, więc nie będą na darmo nadstawiać głowy, są delikatnie mówiąc, do bani. Nasi sojusznicy z Zachodu dokładnie wiedzą kiedy milczeć, a kiedy krzyczeć. To my ciągle musimy dopasowywać się do ich milczenia i krzyku, aby nie zgubić kroku i nie pomylić etapu. Czy rzeczywiście tak to musi wyglądać i tylko na to jesteśmy skazani?...
Łukasz Kołak

Rusofobia na mobilnym kredycie

(piątek, 11 kwietnia 2014 r.)
Ci z Was, Szanowni Czytelnicy, którzy czytaliście artykuł Jana Pospieszalskiego w najnowszym numerze niepokornego tygodnika, którego jakość papieru pogarsza się wprost proporcjonalnie do częstotliwości zamieszczanych tam reklam mobilnych kont i kredytów jakie stręczy znany amerykancki gwiazdor holiłudu, wiecie już jakich używa on argumentów uzasadniających swoją rusofobię. Ja tego tekstu nie czytałem, marsowa mina redaktora Pospieszalskiego zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, ze karmię się nią do dzisiaj. Domyślam się także jakich argumentów może on używać, nasz świat bowiem, którego częścią jest rusofobia, jest przewidywalny i rządzą nim stałe warianty gry. Kiedy w 1917 roku zachodni bankierzy rękami niemieckich feldmarszałków zainstalowali szajkę bezwzględnych gangsterów w Piotrogrodzie z Leninem i Trockim na czele, świat polityki i mediów, w tym ówczesnych tygodników i dzienników niepokornych, zrobił wszystko, aby ową szajkę przedstawić masom jako normalnych polityków, dżentelmenów, z którymi można usiąść, zapalić cygaro i przy kieliszku koniaku pogawędzić o poezji Byrona. Nie ważne, że po palcach owych dżentelmenów ściekała jeszcze krew mordowanych Rosjan, Polaków i innych mieszkańców byłego imperium. Cygara i koniak smakowały wyśmienicie w tym towarzystwie. Podobnie jak wyśmienite były interesy jakie z bolszewikami robiono. Złote jak zrabowane Romanowym złoto. Od tego czasu, gangsterzy stali się mężami stanu. Tzn. nie od tego czasu, gangsterów, których łapy ociekały krwią, podobnie jak ubogich, zawsze mieliśmy u siebie pod dostatkiem. Ale Ci gangsterzy dokonali rzeczy strasznej z punktu widzenia naszej nieszczęśliwej historii. Zamordowali nam ziemiaństwo na tzw. kresach. O Chrystusie z kulą w tyle głowy nie wspominając...
Jak już pisałem rewolucja udała się dzięki bankierskim kredytom udzielonym sekcie bolszewików. Odpłacili się oni potem swym zachodnim mocodawcom oddając im dolę z rabowanego złota i innych kosztowności. W tym również z dóbr należących do Polaków, mieszkańców imperium. I tak już ten wariant gry: bolszewicy rabują i odpalają dolę na Zachód, stał się wariantem stałym w naszej części świata. Tylko sami bolszewicy zmieniają nazwy i kostiumy. Raz machają czerwonym sztandarem, raz dają się okadzać kadzidłem przez resortowych kapłanów, ale zawsze w tym samym celu. I z dobrym, z ich i zachodnich banków punktu widzenia, skutkiem. Nam pozostają memy wytworzone przez stare niepokorne tygodniki i przejęte przez ich współczesne odpowiedniki. Pomstujemy zatem na złego Putina, jak onegdaj działacze PPS, pomstowali na złego cara, widząc w nim, tzn. Putinie, jakieś wcielenie Mikołaja II. A tymczasem to gangster, wystawiony przez resztę bandy, administrującej aktualnie przestrzenią między Petersburgiem a Władywostokiem, do reprezentowania ich szemranych interesów. Interesów prowadzonych konsekwentnie z zachodnią  finansjerą i otumanionymi przez nią elitami  politycznymi. Pamiętajmy, że nogi Putina tak naprawdę wyrastają stamtąd, gdzie wywoził rabowane pieniądze z Petersburga, gdzie był na początku lat 90. współpracownikiem ówczesnego mera. Pieniądze te wywożone były na Zachód, opisał to Aleksander Litwinienko, zanim ktoś posłodził mu herbatę polonem. A były to kwoty, o jakich się Amerykanckiemu gwiazdorowi, wciskającemu nam niezmordowanie te mobilne konta i kredyty, nie śniło, nawet po największej branżowej imprezie. A być może, to właśnie z tych pieniędzy udziela się nam, na nasze mobilne konta, kredytów na leasingowy zakup samochodów, produkowanych... no właśnie gdzie?...
Łukasz Kołak