Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Rusofobiczna mina Jana Pośpieszalskiegoo

(środa, 09 kwietnia 2014 r.)
W życiu są rzeczy ważne  i nieważne. Do tych ostatnich zaliczam rozważania na temat emerytura z OFE czy ZUS. Do ważnych przestudiowanie dziejów sekty arian w Rzeczpospolitej, zwanych także Braćmi Polskimi. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ pochłonięty lekturą niewielkiej książeczki, autorstwa prof. Janusza Tazbira, poświęconej właśnie tym jegomościom, oderwany od niej zostałem przez szefa portalu pamflet.pl. Nadredaktor przepojony troską o mnie, zażądał spotkania z moją skromną osobą w celu naocznego przekonania się, że nadal żyję. Jest on bowiem cichym wyznawcą doktryny apostoła Tomasza, mówiącej, że „nie uwierzę, póki nie zobaczę”. Postanowiłem tedy nie trzymać go w niepewności i pozostawiwszy książkę o arianach na biurku udałem się na spotkanie. Szef przekonywał mnie, że moje długotrwałe milczenie, nie zamieszczanie przeze mnie żadnych tekstów na portalu spowodowało już ogromne straty zarówno moralne jak i materialne. „A przecież społeczeństwo się domaga!”. Czytelnicy zasypują go stosem maili, reklamodawcy odmawiają zamieszczania reklam. Podobno nawet prezydent Obama uzależnia udzielenie dalszej pomocy rewolucji na Ukrainie od ponownego pojawienia się moich komentarzy na pamflecie. Przygnieciony wagą tych argumentów, przepojony troską o losy kraju i świata, postanowiłem przerwać milczenie i zacząć ponownie pisać.
Szef redaktor nie uwierzył. Ja sam też zastanawiałem się skąd zaczerpnę inspiracji do napisania czegokolwiek co wykraczać będzie poza szalenie ważną tematykę ariańską, która jednakże może nikogo nie zainteresować. I tu w sukurs przyszedł mi poniedziałek, kiedy to w kioskach wysypują się jeden po drugim tygodniki pokorne, niepokorne i jawnie zbuntowane. Wziąłem do ręki pierwszy z brzegu i od razu uderzyła mnie marsowa mina redaktora Jana Pospieszalskiego, który bez żadnego pardonu, prosto z mostu, deklaruje, że jest rusofobem. Ponieważ groźna mina Pospieszalskiego, skierowana jak sądzę w stronę rosjanofilów, przeraziła z lekka i mnie, natychmiast odwróciłem niepokorny tygodnik i zajrzałem na tylną okładkę, a tam oczom moim ukazał się znany amerykancki aktor namawiający mnie i innych niepokornych czytelników do otworzenia sobie konta mobilnego w jednym z banków. I tu od razu uderzył mnie ten kontrast min: wojowniczej, rusofobicznej Jana Pospieszalskiego i łagodnej, można by rzec – filobankowej tego gwiazdora, co to w telewizji wygłasza formułki, że możemy z każdym. Wziąć kredyt rzecz jasna. No nie wiem czy tak z każdym, pan Pospieszalski dajmy na to nie wziął by z pewnością kredytu wspólnie z Władimirem Putinem, więc fałsz owych telewizyjnych reklam widać jak na dłoni. Ale z pewnością założenie sobie owego mobilnego konta w reklamowanym przez gwiazdę banku, ułatwiło by wzięcie kredytu na zakup droga leasingową samochodu produkowanego onegdaj przez naszych południowych sąsiadów, do czego zachęca artykuł sponsorowany, zamieszczany w środku owego tygodnika, na okładce którego pan Jan deklaruje rusofobię. Pisze onegdaj, albowiem dzisiaj to pewnie produkują go Chińczycy, nie w tym jednak rzecz. Rzecz w tym, aby nabyć drogą lizingu ów samochód i dzięki liniom kredytowym stać się jego użytkownikiem, bo właścicielem oczywiście będzie bank. Tak jak car w tej znienawidzonej przez Pospieszalskiego Rosji był właścicielem ziemi i nadawał ja w użytkowanie, drogą ówczesnego lizingu, swoim poddanym. Po to by często odebrać im ją kiedy naszedł go taki kaprys. Jakie kaprysy mogą najść szefów banków, tego amerykancki gwiazdor z łam niepokornego tygodnika nam nie zdradza. I słusznie, po co się stresować.
No dobrze, ale do ad remu, jak mawiali starożytni. Dlaczego ja się tak czepiam tego Pospieszalskiego i to teraz kiedy Putin objawił swoje straszliwe oblicze światu wprawiając w zakłopotanie samego Daniela Olbrychskiego? Być może dlatego, że osobiście bardziej od Rosji obawiam się tych tajemniczych linii kredytowych i mobilnych kont. W końcu to właśnie takie konta i linie kredytowe umożliwiły dawno temu poprzednikom Putina dokonanie rewolucji w Rosji, wyrżnięcie cara z rodziną i ograbienie milionów ludzi, w tym zamieszkujących ziemie wschodnie Polaków. Nie wiem czy w 1917 roku w zachodnich gazetach ukazywały się takie reklamy kont, kredytów i zakupów drogą lizingu, ale towarzysz Lenin i spółka działali w oparciu o te wszystkie zdobycze systemu bankowego. Ci arianie, o których teraz sobie czytam zresztą też. I też mieli inne cele niż ogłaszanie światu, że Jezus Chrystus nie był Bogiem, tylko zwykłym synem cieśli z Nazaretu. Ale  o tym i o innych moich wątpliwościach jakie stały się dla mnie źródłem inspiracji po obejrzeniu okładek niepokornego tygodnika w następnym odcinku… Wbrew bowiem sugestii szefa portalu pamflet.pl, który przekonywał mnie, abym pisał tak, jakbym jutro miał opuścić ziemski padół, mam zamiar jeszcze rozwinąć wątek tych Braci Polskich, ufając Bożej Opatrzności, że mi pozwoli. O redaktorze nie wspominając…
Łukasz Kołak

Dzień listopadowy (opowiadanie)

(czwartek, 21 luty 2013 r.)
Był pochmurny listopadowy dzień. Ambasador G. spoglądał przez okno swego gabinetu na warszawską ulicę. Z głośnika telewizora dobiegały odgłosy konferencji prasowej grupki posłów. „Zakładamy stowarzyszenie o nazwie Polska Jest Najważniejsza” referowała z ekranu jedna z uczestniczek konferencji. „Da, da, Polsza jest najważniejsza” pomyślał w duchu ambasador G. Ileż razy powtarzał mu to samo na Kremlu pułkownik P., zanim trafił do polskiej stolicy w charakterze dyplomaty.
Energiczne pukanie do drzwi wyrwało ambasadora z sennych rozważań.
- Wejść! – wykrzyknął, nie odrywając oczu od widoku zza szyby. Do pokoju wszedł młodszy radca, pieszczotliwie nazywany przez G. „Generałem – lejtnantem”.
- A to wy? No jak tam sprawy? – zapytał się ambasador spoglądając na radcę. „Generał – lejtnant” dyskretnie zerknął na telewizor i zauważył, że ambasador ogląda konferencję.
- Jak już widzicie, nasi posłowie zawiązują konfederację. Będą mieli trochę formalnych problemów z nazwą, ale do wyborów samorządowych wystarczy, że narobią szaszoru, a potem nazwę będzie można zmienić – rozpoczął radca.
- Czy na czele tej konfederacji będzie stała ta cycata brunetka? – przerwał wypowiedź radcy ambasador, wyraźnie podekscytowany widokiem wypowiadającej się dla mediów posłanki.
- Formalnie tak, chociaż jeszcze chyba do końca tego nie ustalili między sobą, ale kluczowych jest tam dwóch posłów, którzy zjedli lunch z naszym głównym razwiedczykiem na Ukrainie. To prawdziwe mózgi tej grupy. Reszta to, jak mawiają Polaczki, polityczni celebryci.
- Nu ładna - skwitował odpowiedź radcy ambasador, powracając do beznamiętnego lustrowania ulicy.
- Ważne są też, Wasze Błagarodje, inne nasze działania operacyjne. Jak wiecie Marsz Niepodległości nie zakończył tak jak tego oczekiwaliśmy. Liczyliśmy na jakąś śmiertelną ofiarę, aby nasi towarzysze z „Wyborczej” mogli puścić w świat informację, że faszyzm w Polsce podnosi zbrojne ramię i trzeba interweniować. Ale nie zasypujemy gruszek w popiele” – dodał filuternie radca, lubiący błyskać poznanymi w Polsce bon motami. - Do końca tego roku różne organizacje narodowe pozostające pod naszą dyskretną opieką, zorganizują jeszcze kilka takich marszy na terenie całego kraju. Możemy się spodziewać ostrej zimy. Pierwszy z nich rozpocznie się już za trzy kwadranse.
- Kto będzie szedł? – zapytał ambasador.
- No jak zwykle ci narodowo – radykalni, monarchiści, antywojtylianiści…
- Kto? – zdziwił się ambasador, wlepiając w radcę przenikliwy wzrok.
- No ci przywiązani do tradycji, którzy uważają, że Wojtyła był złym papieżem.
- Aaaa – zrozumiał ambasador i z powrotem utkwił wzrok w warszawską ulicę.
- Poza tym kibice, no i co najważniejsze paru znanych publicystów i dziennikarzy, którzy są ostro cięci na towarzysza Michnika. Także podobnie jak 11 listopada.
- No a czy druga strona gotowa? – dopytywał się ambasador.
- Oczywiście – geje i lesbijki w blokach startowych, socjaliści, anarchio – komuniści, erotomani – gawędziarze, rodzimowiercy – ci od słowiańskich bóstw – dodał pospiesznie radca spodziewając się kolejnego szybkiego pytania ambasadora – No i ten Dominik T. pseudonim Rambo. Także zrobimy małą powtóreczkę przed kolejnymi odsłonami. Tym razem jednak daliśmy polskiemu ministrowi od spraw wewnętrznych wyraźny prikaz, aby policja nie interweniowała - zakończył radca.
- Nu ładna – odpowiedział ambasador. - Jestem zadowolony z Waszej pracy Towarzyszu. Nie zapominajcie rozdmuchiwać ducha nacjonalizmu wśród Polaków. Ta stara broń dobrze się nam przysłużyła w opanowaniu poszczególnych narodów jeszcze w czasach wojny domowej po rewolucji. Potem udało nam się zainstalować towarzysza Hitlera na kanclerskim stołku. Teraz też musimy odgrzewać te burżuazyjne kotlety. Polacy czuły naród, dadzą nabrać się… – ambasador zmrużył oczy. - Tak, jak łatwo dają się rozgrywać. Już generał Kiszczak – nasz druh nieoceniony, zauważył, że Polacy bardzo szybko nabrali się na ten jego pluralizm. Kazał nawymyślać swoim oficerom różne partie, żeby Polacy mogli się zapisywać i kłócić o to, która doktryna jest najlepsza. Podobno partie wymyślano na podstawie jakiegoś podręcznika dla studentów. Ha, ha , ha! – zaśmiał się rubasznie ambasador, dając znać radcy, żeby się przyłączył. Gabinet ambasadora wypełnił się głośnym rechotem.
Z telewizora wyglądała smutna mina posła z siwiejącą bródką.
...
Teren przy pomniku Romana Dmowskiego był wypełniony ludźmi. Flagi biało – czerwone powiewały na wietrze. Z daleka dochodziły krzyki i wybuchy petard. Młody chłopak z megafonem krzyczał do zgromadzonego tłumu.
- Jak wielokrotnie twierdził nasz Wielki Mistrz, Rosja jest krajem nastawionym pokojowo. Nie w głowie jej wojny i przemoc. Owszem jak trzeba to się broni przed terroryzmem islamskim, ale nie tak brutalnie jak imperialiści amerykańscy. Wiemy, choćby z ostatniego filmu wspaniałego reżysera Jerzego Skolimowskiego, jakimi oprawcami są imperialistyczni funkcjonariusze amerykańskich służb – tłum zaczął energicznie bić brawo, najmocniej zaś klaskał w ręce elegancko ubrany staruszek w kapeluszu i muszce. - Polska nie potrzebuje żadnych awantur na wschodzie. Przeciwnie, tam szukajmy sojuszy!. Entuzjazm zgromadzonych narastał z każdą chwilą. Nagle w sam środek tłumu wbiła się klinem grupa osób uzbrojonych w bejsbole i lance ozdobione tęczowymi chorągiewkami.
- Bić faszystów! – krzyczał tęczowy tłum i zaczął okładać pałkami narodowców. Na placu zakotłowało się. Policja stała w pewnej odległości i nie interweniowała. Po krótkiej szamotaninie poszczególne grupki antagonistów zaczęły walczyć osobno.
Trzech tęczowych dorwało barczystego faszystę w bramie położonej niedaleko kamienicy. Mężczyzna próbował się bronić jednak szybko uległ przewadze napastników. Okładany tęczowymi bejsbolami upadł na ziemię. Z kieszeni płaszcza wysunął się zwinięty w rulon numer miesięcznika „Pro Fide, Rege et Lege”.
- Przestańcie koledzy! Zostawcie! – jęczał faszysta. - Jestem od Was! Słyszycie!
Osłupieni bojówkarze zamarli.
- Jesteś prowokatorem z "Wyborczej?” – zapytał leżącego faszystę jeden z nich.
- Nie…, ale też jestem gejem… – wycedził przez krwawiące wargi faszysta, spoglądając tępo na okładkę leżącej obok niego gazety. Na wizerunek św. Ludwika lała się krew...
Łukasz Kołak

I jak mam teraz wytłumaczyć żonie, że nie jestem terrorystą?

Nowy smród w miejsce starego

(czwartek, 11 października 2012 r.)
„W powietrzu czuć zmianę” ogłasza szumnie „wpływowy tygodnik opinii”. I zapytuje jeszcze retorycznie czy szef PiS – u wykorzysta tę szansę. Po przeczytaniu tych rewelacji wyszedłem czym prędzej ze swej mnisiej celi, gdzie woda źródlana jeno i suszona szarańcza, na powietrze aby też ponapawać się ową „zmianą” co to ją niby „czuć”. Niestety zamiast owej jutrzenki zmian poczułem tylko „zapach” świeżego nawozu z pól. Zawiedziony wróciłem do swej celi, aby dokończyć lekturę owego „wiodącego tygodnika opinii”. Po przeczytaniu wywiadu z nowym kandydatem na premiera z ramienia partii Jarosława Kaczyńskiego, ze zgrozą odkryłem, że faktycznie redaktorzy gazety mięli rację. I to w kontekście „zapachu”, który i na mojej zapadłej prowincji się roznosi. Oto bowiem nowa nadzieja prawicy – prof. Gliński w zamierzchłej przeszłości, czyli w roku 1997 startował do Gadalni RP z ramienia piekłowszczki Unii Wolności. I jak tu nie wierzyć w duchy, wampiry i demony. Niby partia owa już dawno odeszła była ze świata polityki do krainy wiecznych łowów, a jednak jej swąd unosi się nad naszą nieszczęśliwą krainą i odpędzić się od niego niepodobna. Jak się nie ustawić tak wyłażą nam te upiory i zmory z każdego kąta. I nie mam tu na myśli samego pana profesora Glińskiego, który sprawia wrażenie osobnika zacnego, ale te „udeckie” względnie „uwolskie ukąszenia”, którymi napiętnowani są nasi intelektualiści. Okazuje się, że jesteśmy skazani na ten balcerowiczowsko – mazowiecko – gieremkowy ciągnący się po naszych politycznych gaciach smród. Bez niego nie da się w Polsce dokonać zmian nie tylko „rewolucyjnych”, których rzeczony Pan Profesor nie jest zwolennikiem, ale nawet ewolucyjnych. Więc po przeczytaniu owego wywiadu, czym prędzej zamknąłem okno i rozpocząłem aktywne działania na rzecz zneutralizowania stręczonego mi przez „wpływowych redaktorów opinii” „powiewu zmian”, dochodzącego z zewnątrz. Wolę trochę posiedzieć we własnym smrodku zanim dokona się owa Wielka Zmiana, po której, jak zawsze, wszystko zostanie po staremu…
Łukasz Kołak