Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:12
W miesiącu:1079
Liczba odwiedzin:81221

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Pacierz leminga

(czwartek, 20 września 2012 r.)
"Wierzę w jednego Tuska, Ojca Wszech-uwielbianego, Stworzyciela Stadionów i Autostrad, wszystkich dotacji z Unii widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Rostowskiego, doradcę Tuska prawdomównego, który z Putina jest zrodzony przed wszystkimi długami. Tusk z Tuska, Europejskość z Europejskości, Fakty prawdziwe z TVN-u prawdziwego. Przez Lisa stworzone, mówione. Współistotne Tuskowi, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas lemingów i dla naszego ogłupienia zstąpił z Kremla. I za sprawą Putina Wielkiego przyjął miliardy z Unii i stał się komuchem. Pomógł Grecji również za nas, pod namową Angeli został poklepany i pochwalony. I ponownie wybrany dnia trzeciego, jak oznajmia OBOP. I wstąpił do Rządu; siedzi po prawicy Bronka. I powtórnie przyjdzie w chwale na następną kadencję, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w pancerną brzozę, Sikorskiego, jej Ożywiciela, który od Tuska i Rostowskiego pochodzi. Który z Tuskiem i Bronkiem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę który mówił przez Olejnik i Durczoka. Wierzę w jeden, wielki, powszechny i europejski kryzys. Wyznaję brak emerytury na odpuszczenie grzechów. I oczekuję kromki chleba, szklanki wody i nowej edycji Tańca z Gwiazdami w TVN".
Autor Nieznany - Apostoł Lemingów

Polski Dżekson

(czwartek, 19 lipca 2012 r.)
Trzy lata temu ukułem określenie: „polski Dżekson”. To taki odpowiednik terminu „leming”, czyli osoby nie mającej pojęcia o otaczającej jej rzeczywistości, wiedzę o świecie czerpiącą z wiodących mediów i zadowolonej z kondycji naszego państwa. Tak jak nieżyjący już „król popu”, „polski Dżekson” żyje w stworzonym matrixie – „Neverlandzie” i czuje się w nim wyśmienicie. I nie jest tylko tak, że ten matrix zaserwowały mu wyłącznie zakłamane media. On sam nie chce poznać prawdy, nie chce podjąć wysiłku intelektualnego, jest zadowolony z tego co ma. „Żyją sobie niebożęta (tzn. Dżeksony) w swoim Neverlandzie i o bożym świecie nie wiedzą. Państwo prawa – tak: a to Polska właśnie. W sprawie Olewnika giną ludzie i dokumenty. Polski Dżekson dalej upiera się, że żyje w państwie prawa. Sąd i prokuratura chroni satanistę obrażającego Kościół – a jakże, państwo prawa. Służby specjalne zamykają dziennikarza zajmującego się sprawą mordu na ks. Popiełuszce i zabierają mu dokumenty w tej sprawie – państwo prawa. Itd. Itp.
Ale polski Jackson nie zajmuje sobie głowy takimi sprawami. Może nawet nie ma o nich zielonego pojęcia. Nie kojarzy nawet dlaczego jego dzieci wyjeżdżają z ojczyzny, nie widząc dla siebie tu przyszłości. Bo skoro nic się nie opłaca, skoro Polska nie ma mieć przemysłu, własnego handlu, tylko żyć z wyimaginowanej turystyki, to zostaje im tylko praca w zagranicznej korporacji, gdzie poddani zabiegom prania mózgu przez współczesnych komisarzy politycznych, czyli menedżerów, będą pracować kilkanaście godzin na dobę aby dać firmie jak najwięcej. Życie rodzinne zastąpi romans z koleżanką z pracy i bilans wyjdzie na zero”.
Tymi słowami pastwiłem się wówczas nad Dżeksonami. Dziś mógłbym tylko dodać, że tych Dżeksonów jest ponad 8 milionów i stanowią elektorat Bronisława K. A co za tym idzie (zakładając, że wybory nie zostały sfałszowane) rządzą Polską, lub raczej tym co z niej pozostało. Mówiąc bez ogródek – jest ich więcej niż tych Polaków, których śmiało i bez oporów można nazwać Narodem („We, the People!”).
Znakiem firmowym tej polskojęzycznej masy stał się dziś Janusz Palikot ze sztucznym pistoletem, gumowym fiutem i plugawym jęzorem. Jest wyrazicielem ich pragnień, uosobieniem człowieka sukcesu, idolem i arbitrem elegancji. Tymczasem słychać głosy potępienia, postulaty odsunięcia Palikota od wizji i fonii, ukarania itd. Nawet w samej Platformie niektórzy udają, że chcą Palikota „ukarać”. Stanowczo protestuję!
Wolę Palikota od Gowina! Dlaczego? To proste. Gowin jest potrzebny PO aby uwiarygodniać ją swym pseudointelektualizmem. Aby robić mądre miny do złej gry a w zasadzie kreciej roboty. Palikot to zerwana maska Platformy i zastępów popierającej jej masy Dżeksonów. Każdy, kogo rodzice nauczyli choć podstaw kultury, to dostrzeże. Wszak te 8 milionów (z ogonkiem), które poparły Bronisława K. a de facto Palikota, to rzeczywiście więcej niż elektorat Kaczyńskiego. Ale nie wiemy jakie preferencje kulturowe ma „milcząca większość”, czyli ci którzy nie głosują. To spośród nich trzeba rekrutować przyszłych potencjalnych wyborców obozu niepodległościowego. Dlatego powinni być kłuci chamstwem i ordynarnością Palikota dzień i noc. Rządy platformesrkiego Frontu Jedności Narodu powinny mieć właśnie niewydarzoną gębę posła z Lublina. Aby każdy wiedział z kim i z czym ma do czynienia. Janusz Palikot powinien pozostać liderem PO. Mało tego powinien również reprezentować Polszę na zewnątrz, robić obciach drużynie Tuska za granicą. Dałby radę - w końcu ma do dyspozycji Niesioołowskiego i Kutza.
Łukasz Kołak

Pesymizm jako broń

(środa, 18 lipca 2012 r.)

Wtem jeden człowiek niespełna rozumu
Na kamień włazi i woła do tłumu:
Ja wam powiadam i kto chce niech wątpi
Że się to morze przed nami rozstąpi!
J. Karczmarski, Przejście Polaków przez Morze Czerwone

Moja klatka jest otwarta
Moje nogi nie są skute
Tylko dusza niewolnika
Jest strażnikiem do drzwi kluczem
Liczę nieszczęść dni ponure
Płaczę sercem oczy suche
Szyję swą otulam sznurem
I chcę krzyczeć uszy głuche
KSU, Moja nienawiść, moja depresja


Nie jesteśmy Chrystusem Narodów. Ani Winkelriedem. Cała romantyczna spuścizna naszych wieszczów narodowych, mesjanizm, wybraństwo i rola przedmurza chrześcijaństwa w rzeczywistości neosowieckiego zniewolenia nie mają żadnego znaczenia. Nie znaczą nic. Choć możemy się pocieszać i napawać faktem, że w bolszewickich planach podboju Europy stanowiliśmy (i stanowimy pewnie nadal) ważne ogniwo. „Po trupie pańskiej Polski dojdziemy do Berlina!” – wykrzykiwał Michał Tuchaczewski podczas czerwonego pochodu na Zachód, powstrzymanego bitwą warszawską. Dlatego jako kraj tranzytowy, swoisty „pas transmisyjny” rewolucji, stanowimy istotny element moskiewsko – pekińskiego bloku. Jaka jednak rola jest nam, jako społeczeństwu, rozpisana w planach sowieckich strategów? Czy będziemy mięsem armatnim w przyszłym konflikcie zbrojnym? Czy może „tylko” bydłem do strzyżenia, żyjącym w najweselszym baraku neosowieckiego obozu koncentracyjnego? Ku czemu prowadzą nas, sprawujący nad nami zarząd, z sowieckiego nadania, „demokratycznie” wybrani ojcowie narodu?
Pan Witold Gadowski ujawnia na swoim blogu niezwykle interesujące rzeczy:
„Z zachowanych dokumentów czeskiego wywiadu wojskowego wynika, że już w 1959 roku Czechosłowacja, na zlecenie GRU, rozpoczęła intensywne szkolenie terrorystów z całego świata. W następnych latach szkolono między innymi liderów MPLA z Angoli -Vitaro Cruza i Matiasa Miguelsa, 45 morderców z Gwinei, 32 Kenijczyków, 28 Irakijczyków oraz około 200 terrorystów z innych krajów, w tym wielu Kurdów z Turcji. W 1982 roku pod kryptonimem „Pristav” założono tajny ośrodek szkoleń wojskowych na poligonie w Zastavce koło Brna – pierwsze kursy w zakresie obsługi nowoczesnych materiałów wybuchowych urządzono dla Afgańczyków ( trwała jeszcze wojna Sowieckiej Armady w Afganistanie) oraz Palestyńczyków z Libanu. Ostatni adepci tajnych kursów wojskowych opuścili Zastavkę w sierpniu 1990. Wcześniej, w 1988 roku, ludzie Arafata i Kadafiego kupili w Czechosłowacji 200 kilogramów niewykrywalnego wówczas materiału wybuchowego semtex (produkowany w Synthesii Semtin koło Pardubic). Jak wiadomo obecność 30 dekagramów semtexu stwierdzono na pokładzie samolotu, który eksplodował nad Lockerbie”.
Ale nie te fakty z przeszłości są najbardziej intrygujące. Wszak i nasza ludowa ojczyzna szkoliła terrorystów do walki z imperializmem angloamerykańskim. Najciekawszy jest ten fragment tekstu pana Gazdowskiego:
„W połowie 1988 roku, na zlecenie GRU czechosłowackie służby wojskowe rozpoczęły na poligonie w Zastavce szkolenie Egipcjanina Mohameda Atta – przeszedł kompletny kurs, trwający osiemnaście miesięcy, Potem, aż do chwili gdy pilotowany przez Attę samolot uderzył w wieżę World Trade Center, Egipcjanin ponad siedemdziesiąt razy spotykał się w Pradze ze swoim czeskim oficerem prowadzącym oraz z oficerami rosyjskimi z GRU. Tuż przed 11 września Atta spotkał się w Pradze z agentem wywiadu Irackiego i po tym spotkaniu wyleciał prosto do USA. O wszystkich tych działaniach wiedziały czeskie służby specjalne – informacja jednak nigdy nie opuściła Pragi” (http://wgadowski.salon24.pl/398409,sowie-do-sztambucha)
A zatem pomimo lustracji i dekomunizacji, które miały miejsce w Czechach, a które nasze środowiska antykomunistyczne przedstawiały jako wzór do naśladowania, państwo to nadal było częścią sowieckiego bloku szpiegowsko – militarnego. A skoro tak, jeśli nawet zlustrowane i zdekomunizowane Czechy nadal opanowane były przez sowiecką agenturę, to tym bardziej Polska, w której próba lustracji zakończyła się szybkim odwołaniem rządu Jana Olszewskiego, musiała i musi być nadal częścią neosowieckiego układu. Ale co tam Polska czy Czechy. Skoro nawet w Niemczech, mimo wytrwałej antykomunistycznej działalności pastora Joachima Gaucka władzę sprawuje córka ewidentnego komunistycznego agenta (jeśli nie funkcjonariusza aparatu), której samej udało się z dziwny sposób zrobić karierę w NRD. Wróćmy na nasze podwórko. Pamiętamy, że rozwiązanie przez komisję Antoniego Macierewicza sowieckiej ekspozytury w Polsce, czyli Wojskowych Służb Informacyjnych zakończyło się przedterminowymi wyborami oraz opanowaniem stolca prezydenckiego przez Bronisława Komorowskiego, głosującego w sejmie przeciwko rozwiązywaniu tychże służb. Cała para zatem poszła, jak zwykle, w gwizdek Podobnie jak w 1992 r. tak i w latach 2006 – 2007 nie udało się Macierewiczowi dokonać trwałych zmian na drodze do odsowietyzowania naszego kraju. Zdychająca, jak wydawało się niektórym antykomunistom, żmija pokąsała najmocniej, a jad, który wyciekł opanował wszystkie instytucje i zapędził opozycję do narożnika, w którym nadal się znajduje. System okazał się skuteczny.
Czy zatem w obliczu tych faktów, jesteśmy w stanie wyrwać się z bloku neosowieckiego i odciąć raz na zawsze „pępowinę hańb” od komunizmu? Czy ma tego dokonać masowy ruch rodaków wzorowany na Solidarności? Takie nadzieje wyraża m.in. pan Wojciech Wencel, piętnując „formację prawicowych gderaczy, kapciowych moralistów, którzy czekają, aż naród w stu procentach się odrodzi”. Pan Wojciech Wencel, wieszcz nowego mesjanizmu, dziedzic romantycznej spuścizny, daje się uwieść poczuciu budującej się wspólnoty podczas marszów pamięci o ofiarach Smoleńska, nie zdając (albo nie chcąc) sobie sprawy, że w warunkach neosowiekiego zniewolenia, takie budowanie wspólnoty może być na rękę tym, którzy z tylnego siedzenia zarządzają społecznymi emocjami. Którym taka nowa solidarność może być potrzebna do dokonania kolejnych przetasowań na górze i wykreowania nowych TW „Bolków”, którzy, gdy zajdzie taka potrzeba dziejowa, zajmą miejsca starych. Uczestnicy rocznicowych uroczystości smoleńskich napawają się optymizmem, że ich rosnąca siła zmiecie rządzących. Tymczasem już dawno temu Józef Mackiewicz napisał, że „optymizm nie zastąpi nam Polski”. Wręcz przeciwnie prowadzi nas na manowce. To czego najbardziej obecnie potrzebujemy jako zniewolone społeczeństwo to wyciszenie emocji. Zdrowy sceptycyzm. Trudne to zadanie, ale trzeba je podjąć.
Łukasz Kołak

Koronacja, spirytus i ekstaza…

(poniedziałek, 7 maja 2012 r.)
„Wesoły nam dziś dzień nastał”. Na tronie zasiadł nowy car. Wprawdzie już go znamy i szczęśliwej opieki z jego strony nie raz zaznaliśmy, ale zawsze jest to pocieszeniem. Tedy przez sześć tłustych lat, a jakże, panować nam będzie, wiodąc blok nasz ku świetlanej przyszłości. Ale po kolei.
Najpierw oczyszczono ulice Moskwy z ludzi i zwierząt. Aby przypadkiem żadna Anuszka w stroju Czeczenki nie rozlała na trasie przejazdu carskiej karawany oleju lub innej terrorystycznej substancji. I aby żaden pies z kulawą nogą nie zanieczyścił opon samochodu Jego Wysokości. Tak zabezpieczony wybraniec bogów dojechał bezpiecznie pod mury Kremla i wysiadł ze swej karocy. Oto i on! „Bóg mój, którego wszak wam czciłem na złość”, jakby zaśpiewał poeta, który szczęśliwie nie musi już oglądać takich scen. „Mam więc Boga takiego na jakiegom zasłużył!”, nucę sobie leniwie, polewając do szklanki spirytus w zastępstwie samogonu. Car i Bóg w jednej osobie! Wprawdzie ubrany w jakiś biedny garniturek, ani śladu sobolowego płaszcza podbitego purpurą, ale mamy wszakże etap demokratyczny. Car – demokrata nie może wyróżniać się od innych demokratów. Żaden specjalny blask nie może za bardzo od niego bić. Ale i tak jest nieźle!
Teraz do przejścia długie korytarze Kremla. Czerwony dywan bije po oczach jak Adam Humer po nerach. Jegry prężą się dostojnie, przechylając główki niczym kanarki w klatce. W klatce, ale za to złotej! Dookoła tłum klakierów i klakierzyc bije brawo. Elita narodu. NEPmani nowej generacji. Są i mężczyźni w strojach duchownych. A więc Bóg z nami! Więc któż przeciw nam? Garstka terrorystów czeczeńskich, sekta smoleńska spod znaku Gazety Polskiej. Czyli nikt!
Głos zabiera dotychczasowy car. Niedorobiony, co widać na pierwszy rzut oka. Coś tam bełkocze, mlaskając. Głupie miny robi. Uśmiecha się debilnie. Ale czas Smuty kończy się, zwinięty jak kartka z przemówieniem chowana pod pazuchę starego cara – idioty. Facet w stroju absolwenta college’u, zapewne prawnik, zaprasza na mównicę Samca Alfa. Oto i on!
Nie wiem co mówi, albowiem olśniony samczą potęgą bijącą przez ekran niczym fluidy Kaszpirowskiego, zapadam w coś w rodzaju mistycznej ekstazy. Rosja to wszakże ojczyzna mistycyzmu. A może to spirytus zaczyna działać?... Na chwilę wracam do świata żywych, aby dostrzec sylwetkę generałowej Anodiny. A potem widzę już tylko Jego! Ręka na książce w czerwonej okładce. Pewnie któryś z tomów dzieł zebranych Lenina. Oczy wilcze! Głos zaciekły! I słyszę! Słyszę z całej głębi nowego tysiąclecia: „Żadnych mrzonek panowie!”. Ostatkiem sił dolewam sobie spirytusu, wychylam i osuwam się na podłogę…
Budzą mnie strzelające korki szampana. A może to terroryści czeczeńscy wysadzają jakieś bloki w Riazaniu czy innym Niżnym Nowogrodzie? A może to jakiś funkcjonariusz specnazu strzela do kolejnego „niezależnego” dziennikarza? Historia toczy się na moich oczach, wpadając w stare koleiny. „Bawcie się, pijcie dzieci, jak się bawić i pić potraficie!” A Ty kremlowski Gruppenführerze Bohrze, caria chrani!
Łukasz Kołak