Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

W stajni redaktora Michnika dziś gra wesoła muzyka

(wtorek, 30 września 2014 r.)
Ja wiem, że to może być już nudne. Ale sprawa odpalenia kwitów na prof. Kieżuna wywołała u mnie pokusę, lub potrzebę (trudno mi to jeszcze dokładnie zdefiniować) refleksji nad naszą sytuacją kiedyś i obecnie. Jednym słowem jak to się stało, że dotarliśmy do punktu, w którym emocjonujemy się faktami dziesięciorzędnymi, a zostawiamy daleko w tyle fakty pierwszorzędne.  Spróbuję to jakoś na potrzeby krótkiego tekstu usystematyzować.
Wrócę na początek do owego słowa wstępnego redaktora Lisickiego z ostatniego numeru „Od rzeczy”. Kiedy je przeczytałem, poczułem jakbym przeczytał słowo wstępne nie redaktora niepokornego tygodnika młodej czy średniowiekowej prawicy, tylko jakbym usłyszał samego Adama Michnika w swojej najlepszej formie. Ten mentorski ton, wysokie c utrzymywane przez cały tekst, diapazon najwyższy z możliwych, nastrój powagi etcetera… I styl, ten styl… A skoro naszła mnie taka myśl, że oto nie czytam już Lisickiego tylko samego księcia neopeerelowskich dziennikarzy, to muszę zmusić się do popełnienia kolejnej myślozbrodni, z którą teraz dzielę się z Państwem, czyniąc ją słowozbrodnią. Oto ci wszyscy dziennikarze mieniący się niepokornymi, prawicowymi, naszymi, są w istocie ze stajni redaktora Adama. Stamtąd wyszli któregoś dnia, mówiąc głośno, że chcą spróbować po swojemu, inaczej i zostawili swój dom rodzinny na rzecz nowych niepokornych redakcji. Ale oto okazało się, że cała ta akcja nie ma sensu. Być może coś się im nie powiodło, a być może po prostu górę wziął grzech główny, czyli pycha. I teraz redaktor Lisicki, niczym syn marnotrawny, ogłasza zamknięcie etapu niepokornego i uroczysty powrót do domu ojca. Inna sprawa czy ten ojciec czeka z otwartymi rękami i nakazuje już redaktorom Stasińskiemu i Wrońskiemu zarżnięcie jakiegoś woła na wesołą ucztę. No chyba, że tym zarżniętym wołem jest prof. Kieżun i uczestnicy tego sabatu posilą się tylko jego krwią i mięsem. Wszyscy oni bowiem, jak jeden, są trzódką Adama. A my? Co z nami, nędznymi czytelnikami, którym artykuły niepokornych urozmaicały bezbarwne życie?
Mówiąc wprost bez metafor, Paweł Lisicki mówi nam dzisiaj: „Drodzy Czytelnicy, redakcja naszego niepokornego tygodnika ma was głęboko gdzieś! Chcecie nas kupować i czytać, kupujcie i czytajcie, nie chcecie – nie kupujcie. Damy sobie radę bez was i waszych nędznych groszy. Mamy budżet skądinąd i on zapewni nam byt do kresu dni. Więc bywajcie!” Tak przynajmniej ja to odczytuję. I nie martwi mnie to wcale, albowiem do życia nie potrzebuję niepokornych redaktorów i ich publikacji.
Tyle Lisicki. A prof. Sławomir Cenckiewicz? Kim w tym wszystkim jest zacny skądinąd, prof.. Cenckiewicz, autor tylu ciekawych książek? Wydaje mi się i to akurat piszę ze smutkiem, że wchodzi na drogę cyngla. Takiego samego jak słynni już cyngle z Wyborczej, tylko do wykonywania egzekucji na tzw. „naszych”. Dlaczego Panie Profesorze? Dlaczego tak?...
Być może pan Cenckiewicz nie zdaje sobie do końca sprawy z tego w czym uczestniczy. Niczym klasyczny historyk, którego biurko wypełniają stosy teczek, dokumentów i kwitów, nie jest w stanie wstać od blatu, podejść do okna i spojrzeć w dal. Nie mówiąc już o wyjściu na otwartą przestrzeń. Taka akcja spowodować by mogła u niego dziwne sensacje, więc trzyma się owych kwitów i na ich podstawie tworzy swoje narracje, z gruntu ograniczone i niemówiące nam zbyt wiele. Czegóż bowiem istotnego dowiedzieliśmy się z tekstu o prof. Kieżunie? Poza tym, że po raz kolejny ukazało się naszym oczom, że światek pracowników naukowych w PRL wypełniały drobne świństewka? Ale jakiś ciąg dziejowy sprawił, że nasze dzieje doszły do takiego punktu, że ludzie, których zawsze traktowało się jako autorytety, są w istocie zbiorowiskiem myszek w laboratorium, które wpuszcza się do labiryntu i poddaje różnym eksperymentom. A to kusi serkiem, a to okadza dymem z amerykańskich papierosów, a to ogłusza hałasem pochodów pierwszomajowych, a to paszportem do kraju kapitalistycznego, schowanym tuż, tuż za rogiem. I te biedne myszki latają po tym labiryncie jak głupie, aż w końcu się zestarzeją i wylądują ze swoim bagażem doświadczeń, albo u niepokornych, albo w Telewizji Trwam, albo od razu w stajni Adama. A potem jeszcze przyjdzie Sławomir Cenckiewicz z wyciągniętymi z zapadłych szuflad starymi opisami eksperymentów w laboratorium i zacznie nimi machać.
To są te fakty dziesięciorzędne, o których wspominałem, a którymi mamy się, wg Pawła Lisickiego et consortes, ekscytować. A jakie są fakty pierwszorzędne, które stale i niezmiennie powinny towarzyszyć naszym myślom? Te fakty, które zaprowadziły prof. Kieżuna i jego kolegów profesorów do mrocznego labiryntu – laboratorium? I opisywaniu których powinien zając się między innymi Sławomir Cenckiewicz, zamiast wchodzić na drogę cyngla? O tym, pozwólcie, opowiem w kolejnym wpisie.
Łukasz Kołak

Twarda dupa Pawła Lisickiego

(poniedziałek, 29 września 2014 r.)
Nie będzie wątków gejowskich. Słowo „dupa” użyte przeze mnie w tytule, miało za zadanie zwiększyć klikalność i tyle. Wiem, że gdyby chodziło o damskie pośladki, klikalność byłaby o niebo większa, ale cóż redaktorem naczelnym niepokornego tygodnika, który zajmuje się ostatnio medialnymi egzekucjami, nie jest kobieta, tylko Paweł Lisicki. Nie wiem czy czytaliście Państwo jego słowo wstępne w najnowszym numerze. Jeśli nie to dobrze zrobiliście, ja zadałem sobie ten trud i mimo, że minęło już kilkanaście godzin od tego zdarzenia, nadal z trudem dochodzę do siebie. Sam jestem sobie winien, wiem, nie oczekuję litości, ani zrozumienia. Ale, że tak napiszę, do rzeczy!
Redaktor Lisicki napisał nam, że informacje o agenturalnej przeszłości prof. Kieżuna opublikował z ciężkim sercem. Ponieważ mu nie wierzę, skojarzyło mi się z dupą właśnie. Lisicki przeżywał opublikowanie tych rewelacji, bowiem Kieżun był dla niego wzorem cnót, a tu taki zonk wyszedł, jakby powiedział Zygmunt Chajzer. Ale takie informacje są solą dziennikarstwa – tak napisał Lisicki, sól dziennikarstwa, nic nie zmyślam, więc muszą iść w świat, publikowane przez odważnych. Więc opublikowali… 
Ponieważ na tym świecie, ze szczególnym uwzględnieniem światka, a może raczej półświatka dziennikarskiego, nic nie dzieje się bez przyczyny, spróbujmy zastanowić się, o co chodzi z operacją medialnego rozstrzelania prof. Kieżuna. Bo jeśli ktoś z Państwa myśli, że to tylko takie niegroźne fiki miki, ot ktoś na coś natrafił i opisał, a ktoś inny wydał i sprawa nie ma drugiego dna, to jest moim skromnym zdaniem w olbrzymim błędzie, sunie we mgle i to na trzeźwo, więc upadek będzie bardziej bolesny.
Zacznijmy od tego piedestału, na którym jacyś ludzie ustawili prof. Witolda Kieżuna i przedstawili światu jako półboga, albo wręcz całego bożka, do którego trzeba teraz wznosić modły z pokorą patrząc w ziemię. Jacy to ludzie? Sławomir Cenckiewicz w tym artykule wymienia jakiś profesorów z Krakowa, którzy nadali Kieżunowi niedawno tytuł honoris causa. Wybaczcie, że nie przytoczę tych nazwisk, ale nie chce mi się sięgać po ten tygodnik, leczenie traumy jest bolesne. Zresztą to jest nieważne. Te nazwiska nie są ważne, chodzi o pewną stałą zasadę. Ludzie potrzebują herosów, wzorów cnót wszelakich, więc się im ich tworzy i podaje do wierzenia. Tak samo jak potrzebują antybohaterów, kogoś z kogo mogliby bezkarnie poszydzić przy konsumpcji obiadowych klusek. Tych antybohaterów dostarczają im także media, zwłaszcza te głównego nurtu. Kto oglądał choć raz „Rozmowy w toku”, albo innego Wojewódzkiego wie o co chodzi. Tak więc człowiek potrzebuje sfery sacrum i profanum, aby jakoś przeżyć. Ma zatem tych ględzących dziwolągów u Ewy Dzryzgi i profesorów Kieżunów w aulach uniwersyteckich. Teraz jednak mamy kolejny etap. Bohaterów ze sfery sacrum przenosimy do sfery profanum i natychmiast taplamy w obfitym błocie, starannie wysmarowując breją każdą część ciała, tak aby wczorajszy heros był już nie do poznania. Wszystko to robimy z miną zbolałą, udając troskę o wartości kardynalne, ogłaszając, że czynimy to z ciężkim sercem, ale cóż Panie, tak trzeba, tak trzeba… A następnie hodujemy kolejnego herosa, kolejny autorytet, który po okresie tuczenia zostanie odesłany na rzeź. Mamy tu zatem do czynienia z rytuałem, mrocznym, okrutnym i krwawym. Komu składana jest ta ofiara?...
Żal mi prof. Kieżuna. Bo jest bohaterem. Reprezentuje odważne, ofiarne i oszukane pokolenie Polski Walczącej. Po okresie heroicznym jednak nastąpiło zwykłe szare życie w PRL. A tu trzeba było jakoś przeżyć, zarobić dorobić, zaspokoić własną pychę i inne grzechy główne z katalogu, które prędzej czy później odzywają się w każdym człowieku i niczym pisklaki w gnieździe wołają „jeść!”. I człowiek jakoś musi na to zareagować. Jeśli uda mu się to wołanie zagłuszyć, może cieszyć się ze zwycięstwa. Albo żałować tego, że jest frajerem. Ale jeśli, któryś z tych pisklaków będzie kwilił tak mocno, że człowiek ustąpi?… Wtedy, cóż, z tym trzeba pogadać, z tym coś wypić, z jeszcze innym cos zrobić. Na tego donieść, a innemu wystawić laurkę. Życie pracownika naukowego w zakłamanym świecie nauki PRL nie było łatwe. Ale nie odbiera mu to laurów bohaterstwa z przeszłości, a ni nie rzutuje na teraźniejszość, kiedy już pisklaki dawno wyfrunęły z gniazda duszy i człowiek może już spokojnie żyć nie budzony w nocy przez odgłosy pukania i mówić spokojnym tonem o tym co uważa za ważne. I wszystko mogłoby być takie, gdyby nie ta upiorna konieczność stawiania pomników za życia! Laminowania wśród oklasków wzorca cnót. Tylko po to, aby za chwilę zrobić show z błotem, smołą i pierzem. Teraz już chyba żaden autorytet, uznawany za takiego przez tzw. „naszych”, nie może spać spokojnie, tylko z trwogą nasłuchiwać znowu odgłosów nocnego pukania…
Łukasz Kołak

O fałszywym uniwersytecie, który tworzył fałszywe elity

(poniedziałek, 15 września 2014 r.)
Słyszy się czasem, to tu, to tam, o konieczności odbudowy elit. Bez nowych elit nie ruszymy dalej w naszej beznadziejnej sprawie. Chyba zrymowało mi się, ale dajmy spokój poezji, sprawa jest poważna. Taką też rozmowę odbyliśmy niedawno z redaktorem Henrykiem Piecem, ale jak to z ważnymi rozmowami bywa, zawsze są one niedokończone. Pozwolę sobie zatem pociągnąć smugę dalej. Nie będę streszczał tu naszych rozważań, ale dopowiem to, czego red. Piecowi nie zdążyłem wyłożyć, owego wieczoru, przy mocnej herbacie z cukrem.
Powszechnie sądzi się, że generatorem nowych elit jest uniwersytet. Wyższe wykształcenie uniwersyteckie sytuuje jego posiadacza w gronie tzw. inteligencji, która ma być mózgiem narodu. Upraszczam, ale tak to jest przyjęte i to już od dawna. Niestety to powszechne przekonanie uważam za zabobon i to bardzo groźny. Groźniejszy niż nocne wydzwanianie przez zdesperowanego męża do wróża Arkadiusza czy innego Macieja z pytaniem czy żona go zdradza, albo kiedy wygra w totolotka. Uniwersytet jest dzisiaj, niestety, instytucją całkowicie skłamaną! Powtarzam: skłamaną! Kiedyś, kiedy uniwersytet zaczynał, był instytucją prawdziwą, służącą dochodzeniu do prawdy i kreowaniu kultury. Było to w czasach, w których był on w rękach Kościoła i wykładali w nim zakonnicy. Żyjący w mniejszej lub większej ascezie, pozbawieni trosk związanych z posiadaniem rodziny, ze szczególnym uwzględnieniem problemów związanych z posiadaniem żony (kto udaje, że nie wie o co chodzi niech zerknie do św. Pawła), mogli oni skupić się na tym co w nauce istotne. Efekt był imponujący, wystarczy podać przykład dorobku św. Augustyna czy św. Tomasza. Niestety od momentu, gdy na drogę dziejową wkroczyła rewolucja i towarzyszący jej postęp, a zastępy reformatorów oddały się straszliwemu dziełu ulepszania świata, uniwersytet stał się pierwszą ich ofiarą. Od tego momentu przestaje być instytucją, w której dąży się do poznania rzeczywistości, czyli prawdy, a staje się oazą propagandy i manipulacji, mającej na celu robić wodę z mózgu tym, którzy oczekują stamtąd jakiegokolwiek światła. I tak jest do dzisiaj. Oczywiście nie chcę tu dyskredytować poszczególnych zacnych profesorów, którzy wykonują pożyteczną pracę na rzecz poznawania prawdy, ale robią to oni POMIMO systemu w jakim tkwią. I wielu z nich płaci za to przynajmniej środowiskowym ostracyzmem, jeśli nie czymś gorszym. Ale pluralizm zakłada, że trzeba zostawić jakiś kwiatek do kożucha, więc system pozostawił paru reakcyjnych profesorów, żeby wygłaszali swoje herezje. Oczywiście skupiam się tu na szeroko rozumianej humanistyce i pochodnych.
A zatem istotną funkcją współczesnego uniwersytetu jest oszukiwanie młodych ludzi, aspirujących do grona inteligencji. Uwodzi się ich perspektywą otrzymania dyplomu, który otworzy im drogę do wspaniałej kariery czy to naukowej czy to biznesowej, a w rzeczywistości zepchnie ich na drogę sprzedaży super mikserów w renomowanej korporacji. Przy czym dyplom nie wystarczy, trzeba będzie jeszcze zrobić kurs technik sprzedażowych, kurs kreatywności, dynamiczności i sam Lucyfer wie czego jeszcze. Uniwersytet zatem nie wprowadza swych adeptów na drogę do nieba, jak czynił to w średniowieczu, ale na drogę w zupełnie odwrotnym kierunku. Jak spotkacie jakiegoś znajomego absolwenta polonistyki lub filozofii, zajmującego się sprzedażą lub ubezpieczeniami, który aby przetrwać musi łykać psychotropy, albo chodzić na terapię, zrozumiecie co mam na myśli. Wszystko to, a mianowicie kształcenie uniwersyteckie, robi się po to, aby uwiarygodnić istnienie profesury i nadać jej ważność. I oczywiście wypłacić pensje, rzecz jasna. Studenci to po prostu ozdoba systemu kształcenia. I nic więcej.
Dobrą ilustracją do tego, co tu opisałem, może być przykład Uniwersytetu Jagiellońskiego. Już sama jego nazwa jest oszukana, bowiem nie byłoby tej instytucji, gdyby nie św. Królowa Jadwiga. To ona załatwiła u papieża utworzenie na nim fakultetu teologii, czyli uczynienie z ówczesnej Akademii Krakowskiej prawdziwego uniwersytetu. Oddała też mu swój majątek w testamencie. Jagiełło w tym czasie zajęty był innymi sprawami niż nauka i wiara. Ot choćby takimi jakby tu zwerbować czeskich husytów, żeby odpalali mu dole ze swoich grabieży. Pozostali Jagiellonowie też nie interesowali się nauką, choć propaganda, w tym propaganda uniwersytecka właśnie, wmawia nam inaczej. Dlatego tak zaciekle bronią się i zapierają  profesorowie przed nadaniem uczelni w Krakowie imienia naszej wielkiej Świętej. A możecie mi Państwo wierzyć lub nie, ale taka zmiana przyniosłaby owoce. Na początek u paru przynajmniej wykładowców mogłyby się pojawić dziwne objawy, ostentacyjna nerwowość, delirium, być może bluźnierstwa wygłaszane w obcych, martwych językach. Ale po jakimś czasie ujawniłby się tam w kimś jakiś charyzmat, który przyciągnąłby innych. A od tego się zaczyna – od charyzmatu. A potem powstaje wielkie dzieło. Nie wierzycie? Zobaczcie jak to było ze św. Pawłem, św. Ignacym Loyolą czy naszym ks. Skargą.
Receptą na to obecny nieład niekoniecznie musi być tworzenie własnych, prywatnych uniwersytetów, w tym latających. Wiedza bowiem jest ważna, ale w procesie tworzenia elit, jeśli już trzymamy się tej terminologii, najważniejsza jest własność. Nie będzie żadnych nowych, ani starych elit bez własności! Dopóki młodzi ludzie, wkraczający w dorosłe życie nie wyzwolą się z pęta kredytu, jaki muszą zaciągać, aby w ogóle zacząć żyć samodzielnie, nie staną się elitą. Będą co najwyżej sfrustrowaną elitą, a to robi różnicę. Taki sfrustrowany elitariusz – kredytobiorca może co najwyżej ponarzekać i pokłócić się z kolegami w pracy, a potem iść na wódkę i/lub łyknąć tabletkę na lepszy humor. Kredytowi to nie zaszkodzi ani trochę. Sfrustrowany przedstawiciel prawdziwej elity polskiej z czasów sarmackich, miał oprócz okowity, jeszcze inną perspektywę. Szablę, konia i garnki ze złotem zakopane na swojej posesji. Wtedy mógł dochodzić swoich praw, na sejmiku, sejmie czy choćby pod Pskowem. A zatem oprócz wyuczonej w szkole jezuickiej łaciny i odbytych studiów w Padwie czy innej Sorbonie miał dodatkowe, szalenie ważne atrybuty czyniącego go członkiem prawdziwej elity. Musimy zacząć od wykopania tych garnków, które może jeszcze gdzieś tam w ziemi zostały po naszych przodkach. Śpieszmy się, bowiem banki nie lubią waluty, która funkcjonuje poza ich obiegiem…
Łukasz Kołak

Prawdziwy powód do nerwów

(niedziela, 07 września 2014 r.)
Psychoza wojenna trafiła już pod strzechy. Wszyscy boją się Putina i albo lamentują, albo dla dodania sobie animuszu prężą muskuły. Lub jak środowisko Gazety Polskiej malują twarz towarzysza pułkownika barwami flagi ukraińskiej. I proszę nie myśleć, że jak zwykle tylko szydzę, albowiem znam osoby, które naprawdę boją się wojny i nie mogą spać po nocach. Jest mi ich szczerze żal, choć wiem, że to po prostu efekt ogłupiania się telewizją i pochodnymi mediami, zarówno tymi niepokornymi jak i całkowicie konformistycznymi.
Proszę też nie wyciągać wniosków, że ja, niczym słynny Stefek Burczymucha, niczego się nie boję, w tym konfrontacji militarnej z rosyjską, lub czyjąkolwiek armią. Jak mówił bohater filmu "Miś" strach jest, ale... Ale są sprawy, którymi martwię się bardziej niż "korporacją zabójców" z Łubianki. Ktoś, potężniejszy od nich przecież zainstalował ich tam w jakimś celu, a skoro zainstalował, to może też i zdeinstalować. Jak Państwo wiecie, pisałem już o tym bowiem wiele razy, tropy owych potężnych impresariów wiodą do Londynu i Nowego Jorku. Stamtąd tę bolszewicką zarazę przywleczono do państwa carów. Niemiecki sztab generalny w 1917r. użyczający Leninowi zaplombowanej salonki, był jedynie podwykonawcą. Lecz nie była to pierwsza taka akcja Zachodu, który jak wiemy z nauki o cywilizacjach, reprezentuje tylko prawdę, dobro i piękno, względem Wschodu, który z kolei jest siedliskiem ciemnoty, zabobonu i żądzy mordu. Już w dawnych wiekach dżentelmeni z Londynu i innych zachodnich miast, działali aktywnie we wschodniej dziczy. Taki np. car Iwan zwany Groźnym, miał stale przy sobie dwóch angielskich doradców, którzy zawiadywali korporacją zwaną Kompanią Moskiewską. Nie, nie pomyliłem się, celowo napisałem "korporacją", bowiem nie jest to wymysł czasów współczesnych. Ten diabelski wynalazek, zwany "korporacją" jest stary jak sam książę ciemności w straszliwej postaci. Miał więc ów Iwan Groźny tych dwóch biznesmenów ciągle obok siebie, nawet wtedy, a właściwie zwłaszcza wtedy, gdy wysyłał swoich opryczników, czyli ówczesnych enkawudzistów, żeby komuś poderżnęli gardło i zagrabili jego majątek. Co się działo potem z tym majątkiem, konkretnie z jego ruchomą częścią? Myślę, że ci doradcy już wiedzieli co z nim zrobić. Kiedy towarzysz Putin zaczynał swoją karierę w demokratycznej Rosji (wcześniej bowiem odznaczał się przodująco w wyszkoleniu bojowym w Dreźnie, jak pamiętamy) jako zastępca mera Petersburga do spraw zdaje się prywatyzacji, nie musiał już angażować opryczników ną taką skalę jak Iwan Groźny, ale miliony gotówki, płynęły sobie w najlepsze na zachodnie konta, zupełnie jak za Lenina. Co prawda dla zachodnich korporacjonistów, zwłaszcza tych z Londynu, nie ma takiej zasługi, za którą nie można kogoś wrzucić do Tamizy, albo poćwiartować i wrzucić do kotła na ogniu.
Czym zatem martwię się bardziej, niż faktem, że po wschodniej stronie, jak stwierdził poseł Dębski z trzódki Palikota, nie mamy rozbudowanych punktów oporu przed obcą armią? Ano martwię się tym, że żyjemy w tej części świata, która przegrała. Nie dlatego, że armia rosyjska nam zagraża, ani dlatego, że rządzić teraz będzie nami Kopacz z Bieńkowską, albo na odwrót. Przegraliśmy, albowiem zamordowano nam szlachtę. W sierpniu miałem okazję oglądać to, co zostało z dwóch dworów szlacheckich w pewnym cichym zakątku województwa mazowieckiego. I powiem państwu, że mną to wstrząsnęło i do dziś jeszcze, jak to się mówi w tamtych stronach, tarpie. Czyli trzęsie. A co zostało z tych dworów? Mała alejka z lipami i chaszcze. Ziemia, którą dostali chłopi porasta gęsto trawą, a oni sami siedzą pod sklepem i raczą się zacnymi trunkami, jeśli trafi im się hojny sponsor. Tak wygląda zwycięstwo reformy rolnej nad reakcyjną władzą obszarników! Co to tylko trwonili pieniądze w Monte Carlo i rozpijali pańszczyźnianych chłopów! I to jest proszę państwa powód do zdenerwowania, a nie przepychanki zachodnich banków i korporacji z kagiebistami z Łubianki na Ukrainie. Tak przynajmniej ja to widzę i na razie kończę, bo się zirytowałem i znów zaczyna mną tarpać…
Łukasz Kołak