Konrad Dziecielski

Łukasz Kołak

Henryk Piec

Anna Karenina

Pamflet poleca

Zamówienie można składać pod adresem:
This email address is being protected from spambots. You need JavaScript enabled to view it.

Cena książki (jedyne) 30 zł + koszt wysyłki

Kontakt

Dzisiaj:11
W miesiącu:1078
Liczba odwiedzin:81220

Powered by Kubik-Rubik.de

Strona założona:
Anno Domini IV 2011

Wspieraj nas!

Łukasz Kolak

Produkcja wódki i reforma kościoła

(poniedziałek, 11 sierpnia 2014 r.)
4 maja 1535 r. Jan Houghton, przeor zakonu Kartuzów w Londynie, zaprowadzony został do Tyburn, zwanego też Tyburn Tree. Tam został powieszony. Ale wisiał tylko chwilkę, gdyż szybko odcięto sznur. Lecz nie uczyniono tego, aby uratować skazańca. Nikt nie przybył nagle na miejsce egzekucji, wykrzykując, że przynosi królewski akt łaski dla zbrodniarza. Przeciwnie, odcięcie mnisiego sznura rozpoczęło dopiero coś, co można śmiało nazwać rytuałem. Opisy tego zdarzenia nie wspominają czy uczestnicząc w nim ktoś śpiewał, ktoś inny pląsał w rytm bębna, przygrywał na flecie lub okadzał widzów kadzidłem, wykonując przy tym jakieś tajemne znaki. Żadna orgia seksualna też raczej po tym wszystkim nie nastąpiła. A jednak egzekucja ta nosi wszelkie znamiona rytuału, jakimi karmieni jesteśmy czasem w filmach klasy B lub opowieściach o tajnych związkach, aspirujących do rządzenia światem. Ten rytuał, całkowicie jawny i opisywany bez cenzury przez archeologów pamięci tez miał coś wspólnego z chęcią panowania, czy też raczej z żądzą. Ustaleniem hierarchii, wobec której ludzie tacy jak mnich Jan Houghton, mieli być bezsilni, do której odmówiono im prawa wstępu. Hierarchii, która miała unieważnić i zmieść z powierzchni ziemi inną hierarchię, której londyński przeor Kartuzów był istotną częścią. Rzuceniem rękawicy tym, którzy sprzeciwiali się temu, co do dziś nazywa się postępem, a jest po prostu zwykłym rabunkiem.
Co stało się z zakonnikiem, gdy już po odcięciu sznura upadł na ziemię jeszcze żywy? Zerwano z niego zakonne szaty, rozpruto, wydarto serce i inne wnętrzności, a następnie wrzucono je w ogień. Potem obcięto mu głowę, ciało poćwiartowano, część z tych kawałków wrzucono do kotła, aby je ugotować, a część została porozwieszana w różnych częściach Londynu. Ramię udręczonego Kartuza, przybito nad bramą klasztoru, którym za życia zarządzał. Jan Houghton był pierwszym „zbrodniarzem stanu” straconym za odmowę uznania Henryka VIII najwyższym zwierzchnikiem Kościoła w Anglii. Tak rodziło się Imperium…
W 1824 r. ogłoszone zostało w Wielkiej Brytanii pismo królewskie skierowane do biskupów, wzywające ich do zbierania składek na rzecz dzieła określonego mianem „religijnego wychowania ludu”. Taka ówczesna wielka orkiestra religijnej pomocy. Inicjatywa ta miała też swojego bohatera, koordynatora w zarządzaniu zebranymi funduszami, stojącego na straży ich właściwego spożytkowania. Był nim niejaki Jozue Watson, mieszkaniec Londynu, prezes stowarzyszenia noszącego nazwę: „Towarzystwo rozszerzania nauki chrześcijańskiej”. Stowarzyszenie to cieszyło się dobrą opinią wśród anglikańskiego duchowieństwa, jeden z biskupów stwierdzał, że jest ono: „prawdziwym tłumaczem prawd ewangelicznych i silną podporą Kościoła Anglikańskiego”. Zalecano zatem, aby książki i broszury wydawane przez owo stowarzyszenie, które powstaną m. in. dzięki ogłoszonej zbiórce pieniężnej, rozdawać wśród uczniów, co wspomoże proces religijnego wychowania młodzieży. Ale nie tylko o religijne wychowanie młodzieży chodziło  w tej inicjatywie. „Towarzystwo rozszerzania nauki chrześcijańskiej” zajmowało się także, a może przede wszystkim wydawaniem książek i broszur głoszących Urbi et Orbi, że religia katolicka jest godnym potępienia  bałwochwalstwem, siedliskiem ciemnoty i zabobonu itd. itp. W związku z tym faktem członkowie stowarzyszenia, na czele z panem Watsonem, głosili, przy aprobacie anglikańskich biskupów, że katolicy angielscy, jako bałwochwalcy, będący w istocie poganami, nie tylko skazują się, co oczywiste, na wieczne potępienie, ale co równie ważne, a może nawet najważniejsze – nie powinni mieć tych samych praw politycznych, które przysługują prawdziwym wyznawcom Boga. Dodajmy jeszcze jedną ciekawą rzecz. Oto Jozue  Watson, koordynator „świątecznej” zbiórki zajmował się tym zbożnym celem niejako po godzinach, w ramach hobby. Jego głównym zajęciem był bowiem handel winem i wódką przy Mincing Lane i Fenchurch Street w Londyńskim City…
No dobrze, zapyta ktoś, ale czemu tak skaczę po epokach, co ma wspólnego opis krwawej kaźni londyńskiego zakonnika z XVI wieku  z XIX wiecznym kupcem wódczanym i akcją zbierania składek na rzecz anglikańskiej propagandy? Zamiast udzielić prostej odpowiedzi, sam postawię pytanie. Czy ten Jozue Watson nikogo nam nie przypomina? Pewnego producenta wódki z Biłgoraja, który kiedyś zajmował się także, w ramach hobby, działalnością wydawniczą, wydając zapomniany już dzisiaj tygodnik „OZON”, a obecnie szefuje wesołej trzódce, przodującej w wysuwaniu haseł „postępu” i „modernizacji”. Wbrew pozorom podobieństwo jest uderzające! Trzódka owego „przedsiębiorcy”, a dawniej wydawcy katolickiego pisma, także zajmuje się obecnie „wychowaniem ludu” i w ramach owego wychowywania, prowadzi propagandę antykatolicką. Oto niedawno profesor Jan Hartman, wyrażając opinię o Kościele Katolickim jako zbiorowisku pedofilów, stwierdził, że nadszedł już czas do nowej reformacji. Użył swobodnie i bez skrępowania tego właśnie słowa, bowiem nie ma ono w powszechnym odczuciu złych konotacji. Nie kojarzy się masowemu konsumentowi współczesnej kultury (czy raczej antykultury) z niczym strasznym, np. z brutalnym mordem sądowym dokonanym na owym londyńskim przeorze Kartuzów czy rabunkiem ziemi zabieranej temu i innym zakonom, w ramach walki „z ciemnotą i zabobonem”. A także wieloma jeszcze innymi, okrutnymi zbrodniami jakich doświadczyli stawiający opór postępowi. Może zatem używać bezkarnie tego słowa, wiedząc, że nikt nie zarzuci mu nawoływania do zbrodni. A do tego właśnie zachęca swych słuchaczy i czytelników profesor Hartman, filozof i etyk z Krakowa, bliski współpracownik producenta wódek…
Łukasz Kołak

Idźcie przed Majdan, gdzie Wyborcza stoi

(piątek, 08 sierpnia 2014 r.)
Afera taśmowa, niczym śledztwo toczone przez Hansa Klossa w jednym z odcinków "Stawki większej niż życie", zatacza coraz szersze kręgi. Za chwilę mamy poznać co prywatnie na różne tematy ma do powiedzenia mecenas Roman Giertych, o co chodzi z książką o Kulczyku i inne niezwykle ważne i wstrząsające historie. Mnie jednakże szczerze te opowieści niesamowite nie interesują i żadnych sensacji u mnie nie wzbudzają. Zaciekawiła mnie ostatnio inna sprawa. Oto profesor Andrzej Nowak z Krakowa, wezwał podczas jednego ze swoich spotkań do zorganizowania trzech Majdanów, pod siedzibami głównych mediów, które notorycznie i uporczywie kłamią. Pod słowem "Majdan" miał oczywiście na myśli protesty, jakie powinny stać się udziałem obozu niepodległościowego. Diagnoza pana profesora, o notorycznym kłamstwie sączonym w mózgi... już chciałem napisać Polaków, ale chyba bym presadził, a więc sączonym w mózgi zbiorowości posługującej się mniej lub bardziej poprawnym językiem polskim, zamieszkującej terytorium między Bugiem a Odrą, przez owe media, jest oczywiście słuszna. To wręcz oczywista oczywistość, jadąc klasykiem. Ale czy recepta prof. Nowaka jest dobra? Czy przypadkiem lekarstwo serwowane nam przez zacnego skądinąd krakowskiego profesora nie wydaje się gorszym od choroby? Śmiem twierdzić, że tak.
Cóż bowiem da zorganizowanie masowych protestów patriotów pod piekielną furtką, otwierającą wejście do miejsca gdzie płacz jeno i zgrzytanie zębów, czyli do jednej z zaprzyjaźnionych telewizji, jadąc innym klasykiem. Postoją tam, polscy niepodległościowcy, pokrzyczą, pomachają transparentami i... rozejdą się do domów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, a jad sączyć się będzie dalej. Mało tego, szatani czynni w owych placówkach, nabiorą jeszcze większego przekonania o swej słuszności  w walce z polskim, moherowym ciemnogrodem i zaleją nas kolejnymi wstrzasającymi  reportażami z patriotami w roli głównej. Czy naprawdę warto wdawać się w grę, której zasady opracował dawno temu wróg? Czy nie powinniśmy raczej bojkotować radosnej twórczości zaprzyjaźnionych dziennikarzy? Nie czytać tego co piszą, nie słuchać tego co mówią, nie oglądać ich straszliwych obliczy kiedy pokazują się nam w odbiornikach? W końcu najprostszą drogą do nieoglądania Moniki Olejnik jest wyłączenie telewizora. No chyba, że ktoś lubi łypać  lubieżnie na nieprzyzwoite programy, to jego problem, ewentualnie jego spowiednika. Tu apel na marginesie - szanujcie swoich spowiedników! Ich wytrzymałość też ma swój kres!
Zamiast organizować postulowane przez Andrzeja Nowaka protesty, lepiej zorganizować własne media, wydać własną gazetę, książkę, nakręcić własny reportaż, choćby w komórce. Komunikacja to najważniejszy element kultury, a tę musimy przecież odbudować. Można też przeczytać najnowszą książkę prof. Nowaka, traktującą o dziejach Polski piastowskiej. Ja osobiście jeszcze tego nie uczyniłem, obawiam się bowiem, że pan profesor, choć zacny, to jednak jako pracownik naukowy uniwersytetu, który powinien nosić imię Św. Jadwigi, a nadal nosi nazwę jagielloński (celowo piszę z małej litery, proszę nie poprawiać!), poszedł  w swojej narracji na różne kompromisy z tymi, którzy przy naszej ojczystej historii majstrowali niczym hydraulik przy rurach. Po to żeby wszystko działało jak należy i żebyśmy prawdy o swej przeszłości nie poznali. Bo wtedy sami wiedzielibyśmy, że droga do odbudowania niepodległości państwowej nie wiedzie przez majdany, tylko zupełnie inną ścieżką, której ślad na naszych starych mapach starannie zatarto...
Łukasz Kołak

Poker amatorów

(poniedziałek, 23 czerwca 2014 r.)
"Gracie w cudzej grze" - powiedział premier Donald Tusk do opozycji. I ma racje w stu procentach!
Pewnego dnia, już nikt dokładnej daty nie pamięta, chłopcy Donka zasiedli do pokerowego stolika. Ktoś potasował karty, ktoś rozdał i poszło. Chłopcy przez zapomnienie albo i głupotę zagrali w pokera bez limitu. A to oznacza, że ten co wygrywa na końcu może puścić wszystkich w skarpetkach, albo i bez. Przez rok, dwa (może i więcej) rozgrywali partie we własnym towarzystwie. Niestety, hazard ma to do siebie, że często przyciąga szulerów. I zawodowcy powinni o tym wiedzieć. Właśnie zawodowcy…  W pewnym momencie do stolika przysiedli się nieproszeni goście. Chłopcy Tuska byli tak pewni siebie, że tego nie zauważyli. Nie zwrócili uwagi nawet na to, że bankier jest nie z ich "bajki", a karty były znaczone. I stało się, że szulerzy zawodowcy podbili stawkę, a wiedząc co przeciwnik ma w kartach zagrali all-in. I co? Ch… du… i kamieni kupa, że cytując klasyka. Zostały tylko skarpetki. Ale co z tą opozycją zapytacie? Ano to, że grę rozgrywali chłopcy Donka i szulerzy. Szulerzy postanowili opowiedzieć o tym wszem i wobec.  Żeby tego było mało, okazało się, że chłopcy Tuska przepuścili nie swoje pieniądze. Jak już się mleko wylało, ktoś rzucił hasło żeby się odegrać i zniszczyć szulerów, najlepiej wciągając w to innych chłopców. W końcu trzeba wyciągnąć od kogoś nową kasę bo skarpetek w lombardzie nie przyjmują.
Tak oto opozycja została wciągnięta do zupełnie nie swojej gry.
Dimitr Wrażliwy

Joanna Szczepkowska rozpina bluzeczkę

(środa, 04 czerwca 2014 r.)
Dobrnęliśmy zatem do dwudziestej piątej rocznicy. Udało się, uff! Cieszmy się, bowiem niektórzy nie dobrnęli. Jeden z głównych architektów owej wolności, gen. Jaruzelski, nie zdążył. Andrzej Lepper także nie dał rady. Gen. Petelicki, bohater operacji MOST z 1990 r. też nie doczekał. Nam się udało, cieszmy się zatem razem z prezydentem Obamą, który przybył do nas, aby zagrzewać nas do walki z Rosją. Jego pobyt w Warszawie i przemówienie na Placu Zamkowym to rzecz porównywalna z brytyjskimi gwarancjami dla Polski udzielonymi w marcu 1939 r. Nie wiem tylko kto pójdzie odbierać ten Krym Putinowi, może wyślemy tam te wszystkie pięć myśliwców, które przeleciały dziś nad stolicą, wzbudzając zachwyt Radosława Sikorskiego?
Mamy zatem święto wolności, możemy się nim napawać razem z Piotrem Kraśką i telewizyjnymi Wiadomościami, albo w towarzystwie redaktorów tygodników niepokornych. W tym ultraniepokornym red. Paweł Lisicki podsumowuje wybory do europarlamentu. Obwieszcza klęskę PiS - u, twierdząc, że będzie ona już trwałym towarzyszem tej partii, także w nadchodzących wyborach. Klęskę poniosła też Solidarna Polska, bowiem nie wstrzeliła się w społeczne zapotrzebowanie. Tak to właśnie ujmuje pan Lisicki, społeczne zapotrzebowanie. Zupełnie jakby ten prodżekt polityczny Zbigniewa Zbiory był tworzony w z związku z jakimkolwiek społecznym zapotrzebowaniem, a nie z zapotrzebowaniem Systemu do odebrania głosów Kaczyńskiemu. Pan Lisicki na pewno dobrze to wie, że SolPpolacy spełnili swoją rolę i te pare punktów złemu Kaczorowi odebrali. Plan wykonany, mogą świętować 25 lecie bez obaw podzielenia losu Andrzeja Leppera.
Wygranym dla Lisickiego jest też Janusz Korwin Mikke. On, z kolei dobrze zrozumiał społeczne zapotrzebowanie, a przynajmniej zapotrzebowanie tej części społeczeństwa, którą określa się mianem "młodych", i dał im dobrą ofertę. A oni ją przyjęli. Więc wygrał. Pan Lisicki nie dostrzega zjawiska, które fachowcy od zjawisk nazywają "psi swęd". Korwin dostał się do europarlamentu psim swędem właśnie, bowiem swoją ofertę do młodych, kieruje już całe 25 lat naszej wolności, ale dopiero teraz ci młodzi zechcieli na nią pozytywnie odpowiedzieć. Reszty sukcesu dopełniła niska frekwencja. Ale tego zjawiska redaktor niepokorny jakby nie dostrzegał.
Ale clou tego wydania owego tygodnika to oczywiście wywiad z panią, która 25 lat temu ogłosiła koniec komunizmu w Polsce. I minęło te 25 lat, a ona czuje, że niewiele się zmieniło i musi dalej walczyć. No, skoro musi, to się świetnie składa, dla niepokornych to woda na młyn, dawaj panią na okładkę, a w środku sążnisty wywiad! A w tym wywiadzie, truizmy, truizmy i jeszcze więcej truizmów, których nie powstydziłby się nawet pan Lisicki. Joanna Szczepkowska walczy o prawdę. Ze wszystkimi. I się nie boi. Musi mówić i już! Walczy z lobby gejowskim, z poszukiwaczami antysemityzmu, nawet z manipulatorami z Wyborczej. Podoba jej się nawet sam Paweł Kukiz! Coś niesamowitego! A na zdjęciu niczym współczesne wcielenie Rejtana... rozpina nam filuternie dwa guziczki od bluzki... Myślę, że skończy się to jakąś stałą rubryką  w tej gazecie dla pani Szczepkowskiej, może nosić tytuł     "Z pola walki" czy jakoś podobnie. Może nawet w ramach walki z Hominternem zapozuje tam w stylu francuskiej Wolności wiodącej lud na barykady. Tej z wielkim cycem od van Klompa !
A tymczasem... A tymczasem redaktorzy drugiego niepokornego tygodnika (w końcu jak pluralizm, to pluralizm, a co!), zajmują się kwestią Marysi Sokołowskiej. Że co? Że niby ją  chwalą za odwagę i nomen omen niepokorność właśnie? Że niby wywiad z nią przeprowadzają i na okładkę walą duże zdjęcie, na którym, w przeciwieństwie do Szczepkowskiej jest zapięta pod szyję? Nic z tych rzeczy, Moi Drodzy. Marysia nie zasługuje na takie względy. Nie jest godna miana niepokornej. Szpalty tygodnika braci Karnowskich to dla niej zbyt wysokie progi. A o tym żeby do Gorzowa pojechać i z Marysią  porozmawiać to do głowy panom Łukaszowi Adamskiemu i Łukaszowi Warzesze nie przyjdzie. Lepiej walić  głupoty, że młoda, głupia, naiwna i takie tam. My, niepokorni dziennikarze, to jesteśmy mądrzy i doświadczeni! My wiemy jak skutecznie atakować premiera, jak zadawać mu trudne pytania i zmuszać do prawdziwej debaty. My nie bawimy się w podwórkowe pyskówki! Marysiu, idź najpierw na studia i dorośnij, a jak już nauczysz się jak być niepokorną w sposób dojrzały, cywilizowany i odpowiedzialny, to może coś dla nas napiszesz, a my to łaskawie zamieścimy. Może coś w stylu Łukasza Adamskiego, że Bóg kryje się w Hollywood, albo podobnie. Ale na razie "pani, nie, jeszcze długo, długo  nie".
Skoro nie można puszczać w druku młodych, naprawdę niepokornych, trzeba zatem odgrzewać wczorajsze kotlety. Dlatego Joanna Szczepkowska niczym klamra, spina nam te 25 lat wolności. Wtedy ogłaszała jej początek. Czy teraz jest zwiastunem jej końca?
Łukasz Kołak